Wszystkim dziękuję za liczne komentarze zwiazane z tematem chałupy. Już finiszujemy z robotami na ten rok. Ogród zarośnięty czeka na odchwaszczanie... Ech zawsze jest coś za coś. Tempo mam takie, że nie mam czasu nawet porządnie przygotować posta na blog. Inne blogi podczytuję, ale mniej komentuję. Niekiedy nawet nie zauważam nowości (po prostu jestem taka zmęczona). Z bardziej humorystycznych wydarzeń, to takie, że mój własny małżonek zaliczył dzisiaj kąpiel w oczku wodnym. Pojawił się przed moim obliczem ociekający wodą i błotem (na dnie oczka jest muł). Chłopina postanowił poczyścić oczko i powyrywać zbyt dużą ilość liści. Czynił to siedząc na drabinie położonej na płasko nad oczkiem. Niestety ta stara drabina pamiętająca jeszcze czasy powojenne, po prostu nie wytrzymała cieżaru szanownego małżonka i się złamała - co zakończyło się przymusową kąpielą. Polałam mężusia wodą z konewki (żeby spłukać muł) i dopiero wtedy wpuściłam do chałupy, żeby się domył i przebrał.
Wspomniałam, że lampa w małym pokoju nie miała abażura. Wczoraj zrobiłam szybko jakieś okrycie na żarówkę:
Abażur okazał się nieco za krótki - ale tak to jest, kiedy się robi na pamięć, lampa była w chałupie i nie miałam okazji przymierzać wykonywanej robótki.
Bardzo prosty abażurek robiony wzorem z głowy; z motywem anansów
I jeszcze migawki z chałupy:
Na ganku
Saszetka zapachowa - dostałam ją od mojej koleżanki Reni
Zbliżenie powłoczki szydełkowej - tej po babci
Na kuchennym oknie
Na wieszaku kuchennym
Stary kufer - przed renowacją
Okno w pokoju - stare zasłonki okazały się za krótkie; z czasem planuję je przedłużyć, zapewne doszyję falbankę (mam jeszcze taki materiał)
Wśród komentarzy pojawily się pytania o historię chałupy, która jest bardzo niespkomplikowana. Dom i ziemia należały do mojej babci, która zapisała je mojej mamie, a mama przekazała mnie. Teren jest piękny: z trzech stron otoczony lasem (blisko hektar), a jednocześnie blisko centrum Zagórza. W sumie już kilkanaście lat własnymi siłami pracujemy zakładając ogród (było tam kiedyś pole orne i łąka), przekształcając na działkę rekreacyjną. Spędzamy tam każdą wolną chwilę i przyznam, że więcej pracujemy, niż odpoczywamy. Czasem to miałam nawet żal, że inni to wyjeżdzają na urlop, a my ciągle tylko Zagórz i Zagórz. A robota tam nie do przerobienia, bo jeśli się czegoś zaniedba (koszenia trawy, odchwaszczania) - to poźniej trzeba to i tak zrobić...
A makatki haftowane - Tereso - mam. Wyprane i wykrochmalone czekają na powieszenie.
Pochwlę się jeszcze, że dostałam od mamy worek starych serwetek szydełkowych (niektóre jeszcze robione przez babcię) - na razie się moczą. Po wypraniu i wykrochmaleniu pochwalę się nimi.