Obserwatorzy

niedziela, 5 sierpnia 2012

Bluzka "Gala"

Nowy model letniej bluzki z bawełny. Bluzka z kołnierzykiem polo to klasyczny model i nie  ma w nim niczego odkrywczego. Ta została zrobiona z beżowej (piaskowej) "Sonaty" na maszynie dziewiarskiej. Ręcznie wykonałam ściągacze, pliski wykończeniowe i kołnierzyk. Wzór prążków można zrobić też na drutach.


Dzianina maszynowa + druty 2,5 - 2,25 mm; włóczka "Sonata" 70 % bawełna 30% wiskoza
294 m/100g; zużycie 300 g

 
Rozmiar bluzki: 36/38, przeznaczona do pracy. Wykonana klasycznie - zszywane poszczegóne części - tym razem nietaliowana. Po powiekszeniu zdjęć można dojrzeć szczegóły.



Jeżeli Czytelniczki będą zainteresowane, mogę przybliżyć sposób wykonania (jednak bez szczegółowych obliczeń) oraz wzór - czyli jak wykonać takie prążki na drutach.

piątek, 3 sierpnia 2012

Obowiązki

rodzinne mnie pochłonęły, dlatego nie miałam czasu na solidne przygotowanie kolejnych wpisów - relacji z wycieczki, ani właściwie na nic innego. Myślę, że w przyszłym tygodniu złapię trochę oddechu. Gdzieś tam późnymi wieczorami kończyłam bluzeczkę dla córki, która przyjedzie na weekend i ją sobie zabierze. Wtedy też zostanie obfotografowana na modelce (bluzka oczywiście). Chwilowo jedno zdjęcie przed moczeniem jeszcze:


Zdjęcia na blogu ponownie umieszczam w mniejszym rozmiarze, gdyż miejsce na Picasie gwałtownie mi się kurczy, a jak się skończy, to blog bez fotografii przecież nie będzie miał sensu (a za pieniądze nie będę wykupywać dodatkowego miejsca). Wprawdzie poczytałam już u koleżanek, że wstąpienie do Google+ daje możliwość nieograniczonego zamieszczania fotek do rozmiaru 2048/2048 pikseli i to jest  jakiś ratunek. Dlatego po prostu należy klikać na te  małe zdjęcia i je sobie powiększać do pooglądania.
A teraz już lecę do kolejnych spraw...

wtorek, 31 lipca 2012

Kresy Wschodnie 2012 r. (1). Ogólnie czyli dlaczego warto nosić spódnicę

Wycieczka obejmowała trzydniowy program zwiedzania miast i zabytków na tzw.Kresach Wschodnich. Wjechaliśmy na Ukrainę przez przejście graniczne w Krościenku, co oznaczało, że przez jakiś czas pojedziemy 30 km/godz. z powodu kiepskiej drogi. I tak było, chwilami zdawało się, że autobus się przewróci  (kiedy wjeżdżał w wyjątkowo głębokie dziury).
Dzień pierwszy: zwiedzanie Drohobycza, Stanisławowa zwanego tam Iwano-Frankiwsk i dojazd do Czerniowic.
Dzień drugi: zwiedzanie wybranych obiektów w Czerniowicach, twierdzy w Chocimiu i Kamieniu Podolskim, po drodze Okopy Św. Trójcy (te z "Nie-boskiej komedii" Z.Krasińskiego) - nadprogramowo, Skała Podolska nad rzeką Zbrucz i nocleg w Tarnopolu.
Dzień trzeci: twierdza w Zbarażu, nadprogramowo Wiśniowiec z pałacem Wiśniowieckich, Krzemieniec, Poczajów (takie miejsce dla Ukraińców, jak dla nas Częstochowa); powrót przez przejście graniczne w Medyce.
Zanim przejdę do szczegółów wyprawy - dzisiaj refleksje ogólne. Jestem z wycieczki bardzo zadowolona. Pani przewodnik była świetnie przygotowana, za oś swej opowieści wzięła wiadomości z przewodnika Mieczysława Orłowicza, co dawało wyobrażenie jak było na tych ziemiach na początku XX wieku i co się zmieniło. Mało tego w Drohobyczu o kościele św.Bartłomieja snuł opowieść tamtejszy kościelny - Polak pan  Stanisław Winiarz, a w trzecim dniu podróży towarzyszył nam pan Grzegorz, który przygotował cały spektakl  wzbogacony śpiewem i recytacją (mogliby się od niego uczyć recytacji dzisiejsi uczniowie). Obaj panowie posługiwali się znakmitą polszczyzną oczywiście z tym charakterystycznym wschodnim zaśpiewem. Kiedy słuchało się pana Grzegorza miało się wrażenie, jakbyśmy słuchali audycji z przedwojennego radia.

Na deptaku w Stanisławowie sklep z pamiątkami w stylu naszej "Cepelii"



Stragany z tzw. pamiątkami - zdjęcia z różnych miejscowości

Upał - kobiety chodzą pod parasolkami chroniacymi przed słońcem - ta ma niezwyle ozdobną, stylizowaną na koronkową

Ukraina od strony Krościenka - biedna, a od strony Lwowa - bogata. Tam stare, walące się chałupy, zarośniete przydomowe ogródki, niewiele uprawnych pól. Tu w okolicach Lwowa widać wyraźny boom gospodarczy; ładne stacje benzynowe, bogate wille i budujące się następne domiszcza, uprawne pola. Duże miasta centra mają niemal europejskie: zadbane z deptakami, knajpkami, ekskluzywnymi sklepami, pięknymi, zgrabnymi dziewczętami spacerujacymi często w długich sukniach. Tylko gdzieś tam poza centrum czai się bieda i brzydota... W zwiedzanych miastach piękne dziewiętnastowieczne kamienice i bruk na ulicy.

Brukowana ulica

Co rzuca się w oczy nie tylko w małych miasteczkach (poza centrum): liszaje zniszczonych elewacji budynków, zaniedbana zieleń miejska (chyba nigdy niekoszona trawa), wielość pomników Tarasa Szewczenki i  pozostałości pomników "pobiedy", żebracy przy cerkwiach, kobiety handlujące na bazarach, przystankach autobusowych, na ulicy płodami rolnymi przywiezionymi ze wsi . Kupić można biały ser, mleko jaja.

Pomnik Tarasa Szewczenki - tu z zupełnie niepomnikowym gołębiem na głowie

Kobieta stojąca nieopodal przystanku, handlujaca mlekiem i białym serwm; ubrana w haftowaną bluzkę

Niedziela - starszy meżczyzna w haftowanej koszuli

Kobieta - wyszła po nabożeństwie z cerkwii

 Żebrak z kubkiem proszący o jałmużnę...

 tu już spotyka się z kolegami; ten siedzący w środku ma chore, owrzodzone stopy

Żebracy pod cerkwią

Na straganach wielość letnich owoców: pomidory, gruszki, śliwki, melony i arbuzy.




Wszędzie dużo śmieci.

Osobny temat rzeka to toalety na Ukrainie. W zasadzie w dużej części korzystaliśmy w czasie podróży autobusem - z ekologicznych (krzaki). O stacjach benzynowych z przyzwoitymi kibelkami nie było co marzyć. O stanie rozwoju cywilizacyjnego narodu świadczą kible. Tu jeszcze Ukraincy mają wiele do zrobienia (tak, jak kiedyś Polacy). Twierdza w Chocimu - nie skorzystałam wcześniej z toalety ekologicznej i musiałam się udać tutaj do ubikacji - zewnątrz budynek pobielony i czysty, dwie kabiny, wprawdzie drzwi z desek (jedne się nie domykały), a w środku: dziura! Tak dziura w betonie. Nogawki spodni musiałam "se" trzymać, coby nie obsikać.

Chocim - WC

W restauracji  w Kamiemiu Podolskim - jedna, dosłownie jedna tolaleta. Kafelki, umywalka... i dziura (tyle, że bardziej estetyczna, bo z nakładką). Dopiero tam na Ukrainie zrozumiałam wyższość spódnicy nad spodniami. W jednym z hoteli w holu była normalna toaleta z kilkoma kabinami, mydłem w płynie i suszarkami. Jednak w innym hotelu w holu jedna kabina dla pań i panów (po śniadaniu, przed wyjazdem, ustawiła się tam kolejka z pasażerów naszego autobusu. Papieru toaletowego często nie ma. A jak jest to cieniutki i wąski. Tylko w hotelu (po remoncie) w Tarnopolu mieliśmy przy pokojach normalne kabiny prysznicowe, WC, papier toaletowy lepszej jakości, czyste ręczniki, a nawet saszetki z szamponem i mydełka.
No i kto powie, że podróże nie kształcą?

poniedziałek, 30 lipca 2012

Wróciłam

z wycieczki. Wrażeń mnóstwo, czas bardzo intensywnie spędzony, zdjęć ponad 500 (niestety bardzo różnej jakości). Pogoda dopisała - podróż i zwiedzanie w upale (pewnie ze 30 stopni). Warto było. Kiedy zewidencjonuję i uporządkuję zdjęcia napiszę więcej.

czwartek, 26 lipca 2012

Haruni (4)

W ten deszczowy dzień, niesprzyjający fotogarfowaniu, mogę wreszcie ogłosić zwycięstwo. Sfinalizowałam chustę z jedwabiu z biferno:


Pisałam o niej już wcześniej i pokazywałam początki pracy. Niestety jakoś żmudnie robiło mi się z tej włóczki. Czy była to kwestia tego, że działało tu jakieś obciążenie psychiczne (włóczka dość droga, czy też fakt, że chciałam, by wyszło coś wyjątkowego). Czy chusta jest wyjatkowa? Chyba nie, ale efekt mnie wielce zadowolił.

Druty 3,5 mm; włóczka  Maharaja Silk MH32 :   100% jedwab, 640 m/ 100 g;
zużycie prawie 100 g

W każdym razie (może nie powinnam  pisać o niepowodzeniach), chusta ta zabrała mi wiele czasu. Być może pierwszy wybór wzoru był niefortunny. Chciałam zrobić chustę gładką, z ażurową bordiurą. I kiedy przeszłam już do wyrabiania wzoru liściowego (planowałam "Ginko"): a) przestało mi się to podobać, b)wglądało, że zabraknie nitki. Chustę rzuciłam w diabły na 2 tygodnie. Potem zdecydowałam, że  jednak zrobię ją całą ażurową. Unicestwiłam dotychczasowy urobek, czyli sprułam do zera i wybrałam wzór "Haruni". Szło nieźle chociaż na drutach robótka przypominała raczej niekształtny kłąb nici.



Schody zaczęły się wtedy, gdy zdecydowałam, że zrobię 12 powtórzeń liści. W połowie 12 powtórzenia stwierdziłam, że zabraknie nici na wykończenie. Kto pruł chustę i nabierał oczka ponownie - wie co to znaczy. Po prostu oczka uciekają i strasznie trudno nałożyć je ponownie na drut. Udało się i po 10 powtórzeniach przeszłam do wyrabiania liściowej bordiury, drżąc o to, czy znów nie zabraknie nitki - na szczęście nie zabrakło, a nawet zostało (kuleczka wielkości malutkiej manadarynki, albo orzecha włoskiego).



Często robię chusty wzorem "Kiri", bo tam jest taka liczba powtórzeń, że po dowolnym można po prostu zacząć wyrabiać ostatnie rzędy, bez obawy, że włóczki zabraknie.
Skończyłam w nocy. Namoczyłam, nadziałam na druty blokujące. Rano podziwiałam efekt.
Chusta jest piękna. Piękno wzoru (kocham "Haruni" miłością niezmienną) podkreśla szlachetność włóczki.



Wyrób jest niezwykle delikatny, lejący. Zapach namoczonej chusty sygnalizuje, że nie jest zrobiona z byle czego - pachnie surowym jedwabiem (pamiętam ten zapach z czasów, kiedy prałam bluzki z prawdziwego - bez domieszek - jedwabiu).
Chusta miała jeszcze jedną przygodę, kiedy to królik Czesio zawędrował w okolicę koszyka z robótką i aktywnie zabrał się za  niego. Szarpnął zębami, wywalił robótkę na dywan i niemal się w niej zaplątał. Na szczęście oczka nie spadły z drutu. Mam nauczkę, żeby koszyk z robótką trzymać na wysokości. Zwierzaki często wplatują mi się we włóczki i niejednokrotnie przyczyniły się do zniszczenia urobku.
Jutro jadę na wycieczkę  - o taką.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails