Obserwatorzy

piątek, 4 października 2013

Jeszcze parę dni temu

w ogrodzie było tak:





i pomimo dość chłodnej aury wydawało się, że jest nadzieja na  złotą i polską...



Kiedy więc dzisiaj o szóstej rano patrzyłam na termometr zaokienny, przecierałam oczy ze zdumienia. Pobiegłam nawet po okulary, bo wydawało mi się, że albo źle odczytuję temperaturę, albo termometr sfiksował. Było - 6 stopni C. Szyby w aucie skrobałam. A kiedy jechałam do pracy drogą, przy której rosną kolny, liście  malowniczo wirowały w powietrzu i ścieliły się pod koła pojazdu.
W ogrodzie zmarzło wszystko. W jednej chwili spadły liście z miłorzębu, który jesienią przebarwia się pięknie na żółto. Z orzechów dosłownie "zjechały" pod drzewo.






Jeszcze wczoraj przez moment zawahałam się, czy aby nie schować pelargonii na ganek - zostały. Pomyślałam, że niewielki przymrozek im nie zaszkodzi - zaszkodził duży mróz.


No cóż, zapewne jeszcze będzie ciepło, tyle, że jesiennych widoków w pełnej krasie już nie będzie. A szkoda.

środa, 2 października 2013

Jak wykonać trampeczki dla niemowlaka

Trampeczki prezentowane tu i tu przeznaczone są dla dzieci w wieku 0-6 miesięcy. Podeszwa ma 9,5 -10 - 10,5 cm w zależności od grubości użytej włóczki. Wykonywałam je z różnych resztek akrylowych, toteż rozmiary różnią się nieznacznie (tak o około 0,5 cm). Jak wspomniałam we wcześniejszych postach korzystałam z sugestii Zdzichy i Josi Croche, jednak ostatecznie opiszę, jak ja te trampki robiłam.
 
Opis wykonania

Szydełko 2,1 mm; włóczki różne około 300m/100 g.

Podeszwa:
Skorzystałam z takiego schematu:


Po wykonaniu podeszwy robiłam wokół 46 półsłupków (4 rzędy). Dwa rzędy kolorem białym, 3 rz. kolorowy, 4 rz. biały. Pierwszy rząd wykonywałam zaczepiając szydełkiem jedną nitkę ze słupków podeszwy, by otrzymać ozdobny brzeg.


Cholewka:
Z przodu podeszwy zostawiam 14 półsłupków, po 7 z jednej i drugiej strony  środka podeszwy. Robię dookoła 32 słupki, przy kraju bucika wyrabiam dziurki opuszczając 1 słupek za pierwszym słupkiem i jeden przed ostatnim. Można zrobić w każdym rzędzie dziurki, albo w co drugim. Ja robiłam, albo na 4 dziurki (po 2 z jednej strony), albo na 8 - po 4 z każdej strony. Cholewka na wysokość 5 rzędów.



Przód trampek i ozdobne kółeczka:
Przód: na kółeczku szydełkowym robię 7 słupków; 2 rz. - 14 słupków; 3 rz. - 16 półsłupków; 4 rz. - 18 półsłupków - otrzymuję odpowiednik połowy koła. Potem dorobię języki.
Kółeczko: 1rz.: 14 słupków, 2 rz. - 18 półsłupków;  potem doszywam do cholewki bucika.



Język:
Do półokrągłego przodu trampka dorabiam kolorem języki - szerokość 11 słupków, długość - 6 rzędów.


Przyszywam przód trampka z językiem do przodu podeszwy - łącząc z cholewką (wpuszczam ok. 05 cm). Obrabiam brzegi trampka półsłupkami.  Przyszywam ozdobne kółeczka do cholewki.
 
 
Robię sznurówki długości około 60 cm sznureczkiem szydełkowym:
 
 
Trampki gotowe.
Aby uzyskać większy rozmiar trzeba zrobić większą podeszwę.

sobota, 28 września 2013

Kocyk dziecięcy (3) - szydełkowe serduszka

Taki właśnie kocyk zapragnęła moja córka dla swej córeczki. Miał być w serduszka i różowo-popielaty. Taki, jaki zrobiła Magdalena z bloga niebieski igielnik. Nie było rady - zamówiłam stosowną włóczkę i dziergałam serduszka - taśmowo: 81 sztuk, bo kocyk miał mieć 9 x 9 kwadratów (jest  tych serduszek: 41 różowych i 40 popielatych). Robótka dosyć mi się ślimaczyła, bo jakoś mniej czasu miałam ostatnio.

Szydełko 4 mm; włóczka "Kotek" 100% akryl, 300m/100 g; zużycie 650 g; rozmiar 112 x 100 cm
 
Magdalena zamieszcza u siebie opis wykonania tu i tu, schemat gdzieś tam wcześniej znalazłam i miałam zapisany na dysku. Zdecydowałam się na akryl, gdyż wydaje mi się, że kocyk będzie łatwy do prania. Zastanawiałam się nad "Dorą", potem jednak wybrałam "Kotka". "Arelan" oferuje bajeczne kolory (miałam problem z wyborem, bo jest tam kilka odcieni różowego i popielatego).
 

Początkowo zamówiłam po trzy motki - i jak się okazało nie przemyślałam tego. Ostatecznie różowego wyszło jakieś 150 g, granatowego na obwódki serc około 50 g, a popielatego ponad 400 g. Kiedy już zrobiłam wszystkie serca i zaczęłam je obrabiać, stwierdziłam, że zabraknie popielatej włóczki, więc dokupiłam jeszcze 10 dkg. I tu niespodzianka, bo potem i tak zabrakło mi na wykończenie. Ponieważ chciałam sfinalizować projekt, nie czekałam na następny motek, tylko dobrałam "Czterdziestkę" - udało się, miałam w domu ten odcień.



Kocyk wykończyłam bordiurą, o której pisałam tu, tyle, że tylko jednym rzędem słupków. Jeszcze wczoraj namoczyłam i zblokowałam, dziś zdjęcia zrobione szybko, bo spieszyliśmy się do ogrodu.

piątek, 27 września 2013

Zawsze uważałam, że

człowiek powinien mieć "swego": fryzjera, kosmetyczkę, prawnika, dentystę, mechanika samochodowego i lekarza. "Swego" to znaczy takiego, do którego zawsze można się udać, jeżeli ma się potrzebę, a który w rewanżu przyjmie poza kolejką w sytuacjach awaryjnych i pomoże szybko załatwić problem. I jakoś do tej pory udawało mi się to nie najgorzej, chociaż jak to w życiu  bywa, niektórzy fachowcy, czy specjaliści zostali wymienieni - z różnych powodów (zmiany miejsca  zamieszkania, przeniesienia gabinetu na drugi koniec miasta itp.). Starałam się po takiej "stracie" wypełnić pustkę, nie, nie skakałam z kwiatka na kwiatek, tylko starannie wybierałam następnego, zebrawszy uprzednio opinie innych.
Do "mojego" dentysty chodziłam ze 30 lat, przyjmował naszą rodzinę i ratował z opresji wielokrotnie. Świadczył usługi stomatologicznie ofiarnie (dziś takich dentystów już nie ma), przyjmował już po kilku godzinach od telefonu proszalnego informującego o złamanej przez psa jedynce, bo psina w zabawie strzeliła łbem w szczękę właścicielki, pozbawiając jej uzębienia (przecież jutro do pracy... i jak się pokażę?!!!). Ratował nieustannie wyłamywaną dwójkę mężowską, reperował ubytki w uzębieniu latorośli przyjeżdzającej ze studiów Krakowie.   
Niemal zaprzyjaźniliśmy się. Pan doktor raczył unieruchomionego na fotelu pacjenta, niemogącego nic odpowiedzieć, długimi monologami (chyba zresztą tej odpowiedzi nie oczekiwał) na tematy otaczającej nas rzeczywistości, żartował z panią (pomocą dentystyczną), prowadząc specyficzne dialogi...
No i nasz nieoceniony pan doktor w zeszłym roku oświadczył:
-"Wybieram się na emeryturę, proszę sobie szukać nowego dentysty".
-"Ależ, panie doktorze, kogo ja teraz znajdę" - oponowałam.  "Rzeczywiście, nawet na emeryturze nie będzie pan przyjmował"?
Pan P. stanowczo oświadczył, że już niedługo, że zmęczony dłubaniem w zębach przez całe życie, że nogi i kręgosłup bolą...
Sięgnęłam po argument (wydawało mi się - znaczący): "ależ pan  jest jeszcze młody"... Nic jednak nie pomogło i "mój" pan doktor stanowczo stwierdziłł, że nie, jeszcze tylko kilka miesięcy popracuje, jednak żadnych zębów już leczył nie będzie, zajmie się tylko protetyką.
Cóż było czynić, poszukałam nowego stomatologa. Jakieś dziesięć miesięcy temu zaliczyliśmy z mężem kilka wizyt, nowe plomby dawały gwarancję spokoju na dłuższy czas.
Niespodziewanie jednak dopadł mnie ból zęba (ze dwadzieścia lat nie bolał mnie ząb), coś się tam nagle podziało pod plombą i boli. Myślałam, że przejdzie - nie przeszło. Trzeba działać i szybko umówić się na wizytę. Zadzwoniłam do "mojej" nowej dentystki - ta jednak nie uznała mnie za "swego" pacjenta - widocznie mnie nie pamiętała. Termin za tydzień. Prośby o wcześniejsze przyjęcie nie przyniosły skutku. Ząb boli coraz bardziej, a tu trzeba mieć sprawny umysł (w pracy, podczas jazdy samochodem itp.). Jak myśleć, kiedy myślenie zabija ćmiąca piątka. Złapawszy nieco wolnego czasu przepenetrowałam internet - nie ma u nas żadnego pogotowia stomatologicznego, które ulży w nagłym przypadku. Uzbrojona w telefon rozpoczęłam dzwonienie po miejscowych dentystach. Nikt, dosłownie nikt, nie zechciał mnie przyjąć, bo mają własnych zapisanych na terminy pacjentów. Oczywiście mam na myśli prywatną praktykę, bo w ośrodku zdrowia czeka się też długo i też nie chcą przyjąć. Racząc się środkami na uśmierzenie bólu i przeciwazpalnymi, jakoś żyję. Te zwykłe słabo działały, sięgnęłam po takie na  bóle kręgosłupa. Da się nawet funkcjonować.
Jednak czuję się nieco jak bohaterka opowiadania Czechowa, tyle, że generał Bułdijew w "Końskim nazwisku" cierpiał z wyboru - nie chciał pozwolić na wyrwanie zęba i  wierzył w jego zaklinanie. A całe otoczenie myślało nad tym, jak nazywa się znachor zaklinający  zęby - nosił ponoć nazwisko związane z koniem. Kiedy sobie przypomniano to nazwisko  (Owsianko) - było już niepotrzebne - generał kazał zęba wyrwać. Ja swego usuwać nie chcę, tylko ratować (bo do wyrwania taki jeden może by mnie przyjął).
Świat staje się coraz bardziej absurdalny.
A dla moich Czytelników fotka salamandry:

Czyż nie urocza?

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails