Na tę kapliczkę trafiłam przypadkiem, kiedy wytyczałam sobie nową trasę trekkingową w Zagórzu. I chociaż staram się raczej pokazywać stareńkie kapliczki, tę tu zaprezentuję ze względu na zadziwienie faktem, że niemal w polu na końcu zwykłej polnej drogi ktoś wystawił kapliczkę.
Dla mnie kapliczka Krawczyków - tak ją nazwałam - jest punktem na trasie, do którego dochodzę i od niego zaczynam trasę powrotną. Do samego Poraża od tego miejsca jeszcze jest pewnie około kilometra. Konkretnie jest to miejsce wśród pól i łąk, pod samym lasem, gdzie ludzi prawie się nie spotyka. Kilka arów ziemi starannie wykoszone, wyraźnie zagospodarowane, jakaś drewniana ławeczka, przyczepa kempingowa, beczki do których gromadzi się wodę, miejsce ogniskowe, zgromadzone drzewo do palenia, maszt na flagę, no i na środku: kapliczka. Z wmurowanej tabliczki nijak nie doczytałam się intencji. Są tam dwie fotografie nieżyjącej już Zofii Krawczyk i Jana Krawczyka. Jakieś zdania upamiętniające sukcesy sportowe w podnoszeniu ciężarów...
Nie potrafiłam tego złożyć w całość. Ostatecznie zapytałam sąsiada, który często chodzi po miejscowych lasach - czy coś wie na temat tej kapliczki. Nie wiedział, ale po kilku dniach przyniósł jakieś wiadomości. Miejsce to należy do człowieka (nie wiem czy mieszkańca Poraża, czy pochodzącego z Poraża), byłego policjanta, który miał fantazję wystawić sobie taką kapliczkę. Ponoć trenował podnoszenie ciężarów (stąd ten zapis o tej dyscyplinie sportu). Więcej nie konkretów nie było. No i pan ten dba o to swoje maleńkie miejsce będące zapewne jego "drogą do nieba".
Obserwatorzy
sobota, 13 czerwca 2015
wtorek, 9 czerwca 2015
Dawno już
nie pokazywałam żadnych fotek z ogrodu. Część dzisiaj prezentowanych została wykonana nowym aparatem (tak, tak sprawiłam sobie nowy aparat fotograficzny). Stary "Nikon" wciąż mi służy szczególnie na "małych" trasach, kiedy nie chce mi się dźwigać cięższego i mniej wygodnego sprzętu, a zdjęcia trzeba zrobić szybko i bez zastanawiania się. Nowy też "Nikon" P600, to już nieco poważniejszy sprzęt - zależało mi szczególnie, by funkcja makro była "sprawniejsza" i dawała mi lepsze jakościowo zdjęcia. Dziś próby zrobienia zdjęć roślinom właśnie nowym aparatem.
Czasem udaje mi się połączyć w jednym dniu nordic walking i aerobik, ale nie zawsze. Teraz więcej chodzę, bo pogoda dobra, a świat taki piękny! Po prostu coś za coś, jeżeli poświęcam czas "ciału", to na inne rzeczy go brakuje (czyli na bloga i robótki) - może w wakacje złapię nieco oddechu. Ćwiczenia oraz chodzenie to dla mnie również pokonywanie słabości i dążenie, by poprawiać własne rekordy. No tak przyznam, że liczę czas ćwiczeń, dystans i tempo, spalone kalorie. Irytuje mnie więc, że Endomondo gubi GPS, kiedy np. chcę pobić własny rekord określonej trasy. Chyba muszę zmienić aplikację.
Tymczasem zapraszam do oglądania zdjęć
Pierwsze kwiaty tulipanowca
Irysy
Krzewuszka
Oliwnik
Jeżeli chodzi o mojego bloga - tak wiem, życie na nim zamiera. Mam zbyt mało czasu, by wszystko ogarnąć. Poza pracą zawodową, doszła praca w ogrodzie (która mnie cieszy, jednak kosztuje wiele zabiegów). Ponadto dużo czasu poświęcam własnej kondycji fizycznej: chodzenie i aerobik - więc, kiedy już jestem po treningu, to zwykle idę spać.
Czarny bez
Pięciornik
Wiciokrzew
W oczku wodnym
Tymczasem zapraszam do oglądania zdjęć
czwartek, 4 czerwca 2015
Cergowa
Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem między Jasionką a Lubatową. Wyprawę zorganizował brat, który wpadł w odwiedziny. Wycieczka niezbyt męcząca (6 km w obie strony). Tyle, że potem jeszcze ruszyliśmy do pustelni św. Jana z Dukli, obejrzeliśmy skansen w Zydnarowej i cerkiew w Zawadce Rymanowskiej.
Cergowa (inne nazwy: Cergowska Góra, Wielka Góra, 716 m n.p.m.) – zalesiony szczyt w Beskidzie Niskim, w paśmie Beskidu Dukielskiego, na południowy wschód od Dukli. Posiada trzy wierzchołki: (od zachodu) 716 m n.p.m. (z żelaznym krzyżem), 683 m n.p.m. i 681 m n.p.m. Jej sylwetka góruje nad Duklą.
My ruszyliśmy od tego najniższego, by dotrzeć do wierzchołka z żelaznym krzyżem.
Trasa wiedzie cały czas lasem. Na stokach góry znajduje się rezerwat przyrody tzw. Rezerwat Tysiąclecia na Cergowej Górze - występują tu lasy mieszane: olszynka karpacka, wielogatunkowy grąd, jaworzyna górska i ponad 100 okazów cisa pospolitego.
Cergowa jest jedynym takim wzniesieniem w okolicach Rymanowa i Iwonicza, toteż już w XIX wieku turyści przebywający w tych uzdrowiskach - wyprawiali się na górę.
Tym razem towarzyszył nam pies brata i bratowej. Ifki nie mogłam zabrać, gdyż atakuje Melę.
Widok na Cergową
My ruszyliśmy od tego najniższego, by dotrzeć do wierzchołka z żelaznym krzyżem.
Trasa wiedzie cały czas lasem. Na stokach góry znajduje się rezerwat przyrody tzw. Rezerwat Tysiąclecia na Cergowej Górze - występują tu lasy mieszane: olszynka karpacka, wielogatunkowy grąd, jaworzyna górska i ponad 100 okazów cisa pospolitego.
Cergowa jest jedynym takim wzniesieniem w okolicach Rymanowa i Iwonicza, toteż już w XIX wieku turyści przebywający w tych uzdrowiskach - wyprawiali się na górę.
Tym razem towarzyszył nam pies brata i bratowej. Ifki nie mogłam zabrać, gdyż atakuje Melę.
wtorek, 2 czerwca 2015
Historia pewnego gniazdka
Wysokość mojego trzeciego piętra osiągnęła jodła posadzona kiedyś pod oknami - drzewo samo w sobie dość liche, o rzadkich gałązkach i wątpliwej urodzie. Na wprost mojego kuchennego okna, między pomiędzy gałęziami było sobie gniazdko - tak już ze dwa lata. Tej wiosny jakoś nie od razu zaobserwowałam, że zostało zasiedlone. Dopiero ostatnie deszcze i fakt, że wiatry miotały drzewem na lewo i prawo, zwróciły moją uwagę na to, że gniazdo nie jest puste. Zobaczyłam, że ptasia mama ofiarnie osłania młode. Rozłożyła skrzydła jak parasol i przyjmowała na siebie spadające krople ulewy. Od czasu do czasu tylko zmieniała pozycję - nawet nie wyruszała w poszukiwaniu pożywienia.
Kolejny dzień - jeszcze zimno, ale już nie deszczowo - ptasia mama pracowicie, co chwilkę przynosiła coś do zjedzenia. Zaobserwowałam, że czekały trzy otwarte dzioby. Matka uwijała się jak w ukropie.
Kolejny dzień ujawnił, że pisklaki są już dosyć spore, ładnie upierzone, chociaż jeszcze nie urosły im lotki, wydawały się rozkoszne w swym pisklęcym puchu. W gniazdku zaczęło się robić ciasno i widać było, że coraz to któreś pisklę próbuje swych sił, a to w puszeniu piórek, a to w dziobaniu się pod skrzydełkiem, a to w staniu na brzegu gniazda. Pomyślałam, że lada chwila małe wylecą z gniazda.
Dziś rano mama jeszcze donosiła jedzonko i zajmowała się ofiarnie maluchami.
Wróciliśmy wieczorem z ogrodu. Popatrzyłam przez okno, a tam... Gniazdo puste - zostało jedno, małe, samotne pisklę.
Nie było rodzeństwa, nie ma mamy, która nie zajrzała do malca ani razu zanim zapadł zmrok. Małe stało na brzegu gniazdka. Jednak nie mogło się zdecydować na jego opuszczenie. Pewnie rano głód zmusi je do tego.
Ptasia rodzina to chyba drozdy - nie jestem ornitologiem, nie znam się za bardzo na ptakach. Nieco obawiam się o małe, gdyż tu na osiedlu żyją koty dokarmiane przez mieszkańców i istnieje obawa, że mogą na ptaszki, nieporadne jeszcze przecież - zapolować.
A z kolei pod chałupą w Zagórzu, w krzaku czarnego bzu uwiły sobie gniazdo rudziki. Cudownie śpiewają i latają wokół. Chciałam zrobić zdjęcia, kiedy uwijały się pod krzakiem, ale dziś nie miały ochoty. Zrobiłam tylko to jedno w gniazdku. Jak się dobrze przyjrzeć - to widać ogonek i oko:
Czarny bez zaczyna kwitnienie - chyba z tego krzaka nie będę zbierać kwiatów, by ptaków nie stresować.
Edycja
Kiedy rano wychodziłam do pracy - małe jeszcze stało na gnieździe. Ruszyło się nieco - wskoczyło na wyższą gałązkę. Pokazała się też ptasia mama, która wyraźnie zachęcała małego ptaszka, żeby w końcu ruszył w kierunku ziemi. Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, maleństwa już nie było.
Dodam jeszcze, że z przykrością zaobserwowałam, właśnie rankiem, kota wyłaniającego się z paproci rosnących pod drzewem... Hmm - nie chcę nawet myśleć o najgorszym.
Widać krople deszczu na szybie
Już po deszczu...
Kolejny dzień ujawnił, że pisklaki są już dosyć spore, ładnie upierzone, chociaż jeszcze nie urosły im lotki, wydawały się rozkoszne w swym pisklęcym puchu. W gniazdku zaczęło się robić ciasno i widać było, że coraz to któreś pisklę próbuje swych sił, a to w puszeniu piórek, a to w dziobaniu się pod skrzydełkiem, a to w staniu na brzegu gniazda. Pomyślałam, że lada chwila małe wylecą z gniazda.
Dziś rano mama jeszcze donosiła jedzonko i zajmowała się ofiarnie maluchami.
Wróciliśmy wieczorem z ogrodu. Popatrzyłam przez okno, a tam... Gniazdo puste - zostało jedno, małe, samotne pisklę.
Nie było rodzeństwa, nie ma mamy, która nie zajrzała do malca ani razu zanim zapadł zmrok. Małe stało na brzegu gniazdka. Jednak nie mogło się zdecydować na jego opuszczenie. Pewnie rano głód zmusi je do tego.
Ptasia rodzina to chyba drozdy - nie jestem ornitologiem, nie znam się za bardzo na ptakach. Nieco obawiam się o małe, gdyż tu na osiedlu żyją koty dokarmiane przez mieszkańców i istnieje obawa, że mogą na ptaszki, nieporadne jeszcze przecież - zapolować.
A z kolei pod chałupą w Zagórzu, w krzaku czarnego bzu uwiły sobie gniazdo rudziki. Cudownie śpiewają i latają wokół. Chciałam zrobić zdjęcia, kiedy uwijały się pod krzakiem, ale dziś nie miały ochoty. Zrobiłam tylko to jedno w gniazdku. Jak się dobrze przyjrzeć - to widać ogonek i oko:
Czarny bez zaczyna kwitnienie - chyba z tego krzaka nie będę zbierać kwiatów, by ptaków nie stresować.
Edycja
Kiedy rano wychodziłam do pracy - małe jeszcze stało na gnieździe. Ruszyło się nieco - wskoczyło na wyższą gałązkę. Pokazała się też ptasia mama, która wyraźnie zachęcała małego ptaszka, żeby w końcu ruszył w kierunku ziemi. Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, maleństwa już nie było.
Dodam jeszcze, że z przykrością zaobserwowałam, właśnie rankiem, kota wyłaniającego się z paproci rosnących pod drzewem... Hmm - nie chcę nawet myśleć o najgorszym.
sobota, 30 maja 2015
Po okresie zimna i deszczu
przyszły w końcu pogodne dni. Słońce rozlało się szeroko ujawniając bujność i zieleń majowej przyrody. Postanowiłam skorzystać z ciepła i słońca, którego już wyraźnie mi brakowało. Wczoraj i dzisiaj testowałam nową trasę w Zagórzu - nigdy jeszcze tamtędy nie chodziłam.
Okazało się, że docelowo drogą leśną i wzdłuż pól można od naszej chałupy dowędrować do Poraża (ja do Poraża nie doszłam - bo tego nie zakładałam). Ostatecznie wczoraj i dzisiaj zrobiłam po około 7 km (razem 14), oczywiście w towarzystwie obydwu psów.
Trasa zupełnie nieuczęszczana - żywej duszy nie spotkałam, widziałam tylko w błocie odbite spore kopyta i nie były to na pewno krowie, mieszkają więc w tych lasach jelenie (sarnie kopytka są znacznie mniejsze).
Słońce, rozedrgane promieniami powietrze, zieloność drzew i traw, niebieskość nieba - to wspaniały odpoczynek. Idzie się i nie myśli o problemach, tylko o pokonaniu dystansu. Psy zjadłszy wieczorny posiłek padły i śpią po wysiłku. Ja zmęczona koszeniem trawy u mojej mamy i dystansem - też odpuściłam sobie dzisiaj wieczorne ćwiczenia aerobowe.
Zieleń traw
... i paproci zarastających kiedyś uprawne pola
Pole rzepaku cudownie żółtego - wzdłuż którego
wiodła polna błotnista droga
Okazało się, że docelowo drogą leśną i wzdłuż pól można od naszej chałupy dowędrować do Poraża (ja do Poraża nie doszłam - bo tego nie zakładałam). Ostatecznie wczoraj i dzisiaj zrobiłam po około 7 km (razem 14), oczywiście w towarzystwie obydwu psów.
Trasa zupełnie nieuczęszczana - żywej duszy nie spotkałam, widziałam tylko w błocie odbite spore kopyta i nie były to na pewno krowie, mieszkają więc w tych lasach jelenie (sarnie kopytka są znacznie mniejsze).
W oddali Góry Słonne
Subskrybuj:
Posty (Atom)