Obserwatorzy

niedziela, 22 czerwca 2014

Dopiero wczoraj

ukończyliśmy obkładanie kamieniami brzegu oczka wodnego. Samo wyfoliowanie stawku i posadzenie roślin, było akcją szybką, bo rośliny nie mogły czekać. Ale już wykończenie trwało i trwało; nie była to pilna praca, a na drodze do jej ukończenia stawały: a to niesprzyjająca aura, a to brak czasu, a to pilniejsza  robota... Te bardzo duże kamienie dźwigał mąż z sąsiadem i zostały posadowione już kiedyś. My wczoraj zabraliśmy się za resztę i tak to teraz wygląda:

 

Zapewne znów będzie spokój na  jakieś 10 lat. Lilie mocno okaleczone, niestety pewnie w tym roku nie zakwitną, albo wypuszczą jakieś pojedyncze kwiaty. W stawku żyją dwa karasie (kiedyś dostaliśmy od sąsiada trzy małe rybki, jak widać przetrwały dwie), które najpierw zostały wyłowione i czekały w balii, by potem wrócić do swego dawnego miejsca zamieszkania. Rybki mają po jakieś  10- 12 cm. Wróciły też żaby. Mam nadzieję, że przeżyją (co jakiś czas przychodzi zaskroniec, który na nie poluje).
I jeszcze "kipiąca", letnia zieloność łąk, po których dziś wędrowałam z psami:





sobota, 21 czerwca 2014

Bluzka oversize (1)

czy też boxy - właściwie to nie wiem dokładnie czym się różnią te modele. Na pewno boxy ma opadające ramiona, a oversize jest po prostu za duży. Ten dzisiejszy zrobiłam dla córki, która wypatrzyła podobny na blogu  Fasoli. Mój także zrobiony został na maszynie dziewiarskiej, jednak przyjęłam nieco inna technikę wykonania, aniżeli zaprezentowała koleżanka na swym blogu. Robiłam osobno przód i tył, by je potem zeszyć na ramionach. Dekolt wykończyłam wąskim ściągaczem. Obliczenia robótki też mam własne (szerokość bluzki, na ile wystarczyło mi szerokości maszyny). Rękaw robiony od góry.

Włożyłam na siebie, by zobaczyć, jak wygląda - fotkę też robię sobie sama w lustrze
 
Dzianina maszynowa; włóczka "Alize Bambo Fine" 440 m/100, 100% bambus;
zużycie ok. 300 g
 
I kiedy to wszystko było jeszcze w kawałkach - jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że może w rezultacie wyglądać sensownie. Pokazuję tę bluzkę jeszcze przed namoczeniem - da się zauważyć, że dzianina jest miejscami pomięta, gdyż sporo czasu leżała niedokończona w koszyku. Wspominałam, że zabrakło mi jasnej włóczki. Początkowo zamówiłam  200 g miętowej i 100 g ekri i okazało się, że tego ekri zabraknie na rękawy (domówiłam więc jeszcze motek). I tak jakoś po 3 tygodniach sfinalizowałam projekt (po drodze były jeszcze ważniejsze sprawy i nie miałam czasu na sweter). Ściągacze robiłam na drutach 2,25 mm. Zszywałam szwem materacowym. Oczywiście dziubanie ręcznie ściągaczy zajęło też nieco czasu. Sweter z bambusa "Alize Bambo Fine" jest cudownie lejący i delikatny. Świetnie się układa. Myślę, że jako dzianina maszynowa nie powinien się rozciągnąć.

Detal - pacha jasnego zachodzi nieco na miętę - musiałam rękaw poszerzyć po 4 oczka z każdej strony, gdyż wydawał mi się za wąski - tej wady przy opuszczonych rękach nie widać pod pachą.
Powinnam była zrobić pas jasnego szerszy o jakieś 10 rzędów (ale bałam się, że mi włóczki nie wystarczy)
 
Detal - dekolt
 

środa, 18 czerwca 2014

Konieczność życiowa

skierowała dzisiaj moje kroki do przychodni lekarza rodzinnego. I chociaż zwyczajowo są tu używane  tzw. "numerki" i określana godzina przyjęcia - zwykle i tak panuje opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów i swoje odsiedzieć trzeba. Toteż zawsze do kolejki zabieram robótkę. Dzisiaj dotarłam nieco spóźniona, ale jak się okazało i tak o jakieś dwie godziny za wcześnie. Zapytawszy o numer mnie poprzedzający (żeby zapamiętać za kim jestem) opadłam na krzesełko. Skonsumowałam proziaka i popiłam mineralną (nie miałam czasu, by coś wcześniej przekąsić). Zmieniłam okulary, wyjęłam serwetkę (już ostatnią z szóstki, którą obrabiałam koronką) i ruszyłam z szydełkowaniem.
Obok siedziały dwie panie, z których jedna szczegółowo relacjonowała tej drugiej, kulisy kariery szkolnej swej córki licealistki. Była więc i charakterystyka kolejnych nauczycieli uczących "moją Wikę", opowieści o tym, jak córka walczy o wyższe oceny, jak wykłóca się o swoje sprawy w szkole. Tej mamie usta się nie zamykały, druga była bardziej powściągliwa i mniej mówiła o swym synku (jak się domyśliłam również licealiście)...
Do lekarki przyjmującej w sąsiednim gabinecie ustawił się również sznureczek pacjentów, głównie młodych mam z dziećmi w wieku rozmaitym: od  niemowlęctwa do szkolnopodstawówkowego. Te starsze dzieci w miarę spokojnie czekały na przyjęcie, natomiast młodsze o mało nie rozniosły poczekalni. Było więc walenie zabawkami, rzucanie klockami, gonitwy, krzyki. Chwilami panował taki rwetes, jak na targowisku w dawnych czasach. A mamuśki rozrabiających pociech siedziały jak posągi zachowując stoicki spokój, żując gumę i zupełnie nie reagując na to co czyni ich progenitura. Jedna mała dziewczynka (na oko trzylatka), ładna, rezolutna i dobrze rozwinięta, bawiła się zabawkami, jednak jej działaniom towarzyszył krzyk, mało mówiła, cały czas krzyczała. I chociaż dziewczynka urocza z wyglądu - moja irytacja narastała i czułam, że moje zwyczajowo dość niskie ciśnienie - rośnie. Chłopczyk na oko pięcioletni przechodził sam siebie: biegi, skoki, zabawa karabinem złożonym z klocków. Mamusia podniosła tyłek dopiero wtedy, kiedy dzieciak wspiął się na parapet otwartego okna...
Raczej staram się takie sytuacje przetrzymać, jednak dzisiaj (możliwe, że mój próg tolerancji był nieco obniżony z powodu gorszej kondycji psychicznej), nie wytrzymałam i  zwróciłam uwagę trzylatce mówiąc: "nie krzycz". No i dostało mi się od matek, rzuciły się na mnie jak harpie: jak śmiem zwracać dziecku uwagę, bo przecież jest małe i się nudzi czekając tyle na przyjęcie do lekarza, że to przecież przychodnia rodzinna i dzieci mają prawo się bawić.  "To niech się bawią, a nie krzyczą" - odrzekłam. Najbardziej gardłowała mama licealistki (już wcześniej zdiagnozowałam ją jako osobowość niezwykle roszczeniową i przekonaną o swej nieomylności). Dodałam jeszcze, że człowiek kulturalny uczy swe dzieci, jak mają się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach, a nie pozwala na wszystko. Z kolei ze strony matek znalazło się jeszcze odniesienie do mojego szydełkowania, że siedzę i szydełkuję (pewnie byłoby lepiej gdybym plotkowała). A matka trzylatki rzuciła mi w twarz, że zna moją córkę Matyldę i wyraźnie zasugerowała, że nie zawsze była grzeczna. Wtedy dopiero skojarzyłam, że ta młoda kobieta jest koleżanką szkolną mojej córki. Nie do końca wiem, jak zachowywała się moja córka w grupie rówieśniczej, jednak na 100% wiem, jak zachowywała się jako dziecko w poczekalni do lekarza. Z takim argumentami więc nie będę dyskutować. Skutek był taki, że matka na chwilę wzięła dziecko na kolana i usiłowała czymś zająć. Cisza w przychodni zapanowała wówczas, kiedy kobieta weszła ze swym dzieckiem do lekarza. W całej tej sytuacji tylko jeden tata wsparł mnie uśmiechem (jego syn był bardzo grzeczny).
Zapewne narażę się też niektórym moim czytelniczkom. Jednak nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania, uważam też, że trzylatce można już wyraźnie określić granice, jak powinna się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach - może nie zawsze zrozumie, czy też się dostosuje, ale to jest właśnie proces wychowania. Potem takie dzieci idą do szkoły i są nie do ujarzmienia, gdyż wszystko im wolno, a nauczyciel nie ma żadnej możliwości ingerencji, może jedynie mówić i prosić o uspokojenie. Nie wiem też dlaczego te małe dzieci nie rozmawiają, tylko nieustannie krzyczą - wystarczy znaleźć się na przerwie w szkole podstawowej - panuje tam wrzask nie do zniesienia...
Nie jest to pierwsza zaobserwowana sytuacja, kiedy matki zupełnie nie reagują na to jak zachowują się ich dzieci. Jednak i w kolejce do lekarza widziałam dzieci w porównywalnym wieku, które były grzeczne i potrafiły spokojnie bawić się zabawkami zgromadzonymi w poczekalni.

 Na polu robótkowym  tak sobie:  kończę sweterek z bambusa. Oj ciągnie się ta robótka - chociaż bluzka robiona na maszynie. Najpierw w e-dziewiarce pomylili adresy odbiorcy i zamówiona przeze mnie włóczka ponoć poszła do kogoś innego (ponad 2 tygodnie to trwało, zanim dotarła do mnie). Potem po wykonaniu przodu i tyłu, okazało się, że braknie jednego koloru - zamówiłam więc i czekałam na przesyłkę. Następnie na drutach 2,25 robiłam ściągacze - oj dość długo. Teraz zostało mi już tylko dorobienie rękawów i zeszycie całości. Może się z tym uporam do soboty.
Na zakończenie - kadr z chałupy:

W niebieskościach...

niedziela, 15 czerwca 2014

Nie dziergałam wczoraj publicznie

jednak z przyjemnością podglądałam relacje blogowe z tego dnia. Sobotę wykorzystałam na prace ogrodowe. Aura się pogorszyła, upały gdzieś sobie poszły, a komary postanowiły zostać. Muszę przyznać, że rada polecająca smarowanie ukąszeń octem, okazała się bezcenna. Dziękuję. Rzeczywiście ocet łagodzi swędzenie. Ponoć też i odstrasza komary - muszę i to wypróbować. Jak się okazuje ocet w gospodarstwie domowym ma wiele zastosowań. Sama używam go do  czyszczenia kranów, odkamieniania pralki, mycia okien itp.
Leniwa niedziela jakoś tak przepłynęła nijako. Skróciłam tylko nogawki w  spodniach, podszyłam obrąbek letniej spódnicy, której koronka się wystrzępiła i uszyłam worek do prania biustonoszy w pralce.
Na polu robótkowym marnie - wciąż drobiazgi. Dziś dwie czapki-berety dla Wandy (kiedy ona w tym pochodzi?) i dwie serwetki lniane obrobione koroneczkami.


Berety oczywiście z bawełny
 

Stare serwetki nabrały lepszego wyglądu po obrobieniu koroneczką - wcześniej miały frędzelki wysnute z materiału
 

czwartek, 12 czerwca 2014

Tak właściwie to o niczym istotnym ten post

Czas galopuje w te upały. Wczoraj pasteryzowałam ostatnie słoiki z sokiem z czarnego bzu. Zakończyłam też przerób truskawek na dżem. Mam jeszcze ochotę, by zrobić dżem rabarbarowy z imbirem - polecała mi go w komentarzach Ania.
W ogrodzie podczas tych upałów uaktywniły się niesamowicie komary i tną bez opamiętania. W któryś dzień z zapałem zabrałam się po południu za pracę rozebrawszy się do krótkich spodni i skąpej bluzeczki. Pracę jednak skończyłam "umundurowana" szczelnie od stóp do głów. Bo ubrałam najpierw długie spodnie i skarpety, potem bluzkę z długimi rękawami. Przez cienką bluzkę i skarpety cięły dalej niemiłosiernie, więc włożyłam jeszcze bluzkę flanelową. Dodam także, że byłam spryskana środkiem na komary i zjadłam wcześniej kilka witamin B (ponoć zapach ciała po ich spożyciu ma odstraszać bąki i komary). Tną nawet w głowę przez włosy. Jest po prostu nie do wytrzymania. A teraz piję wapno, smaruję ugryzienia "Altacetem" i tak drapię się bez przerwy. Swędzenie nieco mija po "Allertecu", ale z kolei powoduje on u mnie senność...
Poza tym pochłania mnie praca i w sumie brak czasu na przyjemności, a projekty z trudem krystalizują się w mojej zmęczonej głowie, która przyłożona do poduszki zapada w niebyt snu (najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie w nocy). Ponadto nawet bez "Allertecu" ciśnienie w te upały spada mi katastrofalnie i głowa się kiwa. W związku z tym muszę się położyć, a Morfeusz porywa mnie w swe objęcia.

Już kiedyś chciałam zapytać czy Panie spotkały się z taka sytuacją: mam w obserwowanych różne blogi, niektóre z nich były mało aktywne w ostatnich czasach (nie było nowych wpisów) i nagle ukazały się w czytniku z dawnym adresem, a nowymi wpisami zupełnie innych autorów. Tak zdarzyło się z blogiem devorgilli  celtic-knitting, pani Ewy Kwiatkowskiej  - jest adres jej dawnego bloga, a wpisy zupełnie kogoś innego jakiegoś Alin Ionescu. I kiedyś tak było z niektórymi blogami Gosi Bukowskiej. Czy ktoś przejmuje adresy blogów, kiedy ich autorzy np. przestają pisać bloga, czy też tego bloga likwidują?
Najciekawsze jest to, że np. czytnik pokazuje "zajawki" dawnych postów naszych koleżanek dziewiarek, a potem od pewnego momentu zaczynają się te nowe wpisy autorów, którzy piszą teraz pod tym adresem.

Mąż ogląda pierwszy mecz Mundialu, a ja nie mogę się nadziwić, że TVP przegadała ceremonię otwarcia mistrzostw, "bo nie było sygnału dla Europy". Co okazuje się wierutną bzdurą, gdyż internauci z innych krajów europejskich tę uroczystość oglądali. Jak więc można Polakom pleść takie androny.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails