Obserwatorzy

piątek, 2 grudnia 2016

Lalka w pudełku

Kolejna zabawka przygotowana dla Wandy, to mała laleczka w pudełku. Taką lalą można się bawić w czasie podróży samochodem, lub w oczekiwaniu na swą kolej np. do lekarza. Wszystko zamyka się w małym pudełeczku. Podpatrzyłam ten pomysł w internecie, tyle że tam najczęściej zamykano podobne zabawki w pudełku blaszanym.Plan wprowadziłam w czyn: kupiłam plastikowe pudełko śniadaniowe, za niewielkie pieniądze: laleczkę, wygrzebałam w starych zabawkach - zajączka. Uszyłam dla lali pościel, którą przykleiłam do pudełka, aby nie wypadała; przyklejona jest też torebka na skrzydła lali. Osobno uszyłam etui na zajączka. Wszystko powędrowało do pudełka i można się już bawić. 





 
Może moja propozycja zainspiruje inne panie do wykonania podobnej zabawki.  Mikołaj tuż, tuż.

środa, 30 listopada 2016

Książka sensoryczna dla Wandy

Uszyłam dla wnuczki książeczkę sensoryczną. Córka moja jest zwolenniczką pokazywania dziecku, że można się bawić różnymi rzeczami, nawet takimi z recyklingu (my w młodości, też się takimi zabawkami bawiliśmy). Ponadto chcemy, by mała popracowała nad małą motoryką i ćwiczyła różne umiejętności.


Spędziłam nad książką kilka dobrych popołudni i wieczorów. Nie wszystkie opracowane karty znalazły się w tej prezentowanej dzisiaj, gdyż zanim ostatecznie zdecydowałam się na formułę, część prac wykonałam na kartonie. Początkowo myślałam, że zamknę poszczególne karty w zwykły segregator. Jednak w miarę pracy, zdecydowałam się, że jednak książka będzie szyta.


Kwiaty i owoce przypinane  guzikami


Rybki przyczepiane na rzepy, pysk ryby rozsuwany na suwak
 

Pranie przyczepiane klamerkami do sznurka
 

Włosy i akcesoria do fryzowania
 
Początkowo założyłam, że jako materiału podstawowego użyję filcu, jednak karty filcu nie do końca mnie satysfakcjonowały: po pierwsze za cienkie, po drugie maszyna opuszczała nitki, po prostu nie chciała  tego szyć. Kupiłam więc zwykłe ściereczki wiskozowe do zmywania naczyń, w różnych kolorach i te stały się bazą. Złożone warstwami kilkakroć, dawały odpowiednio grubą kartkę. Na te kartki przyszywałam lub wklejałam elementy obrazków. Chociaż zrobiłam kilkanaście różnych kart - do tej książeczki wybrałam osiem. I te osiem prezentuję w dzisiejszym poście. Udało mi się dzisiaj jakoś obfotografować te strony (po południu jest już ciemno, a rano nie mam czasu. Jednak dzisiejszego ranka (przed pracą), okazało się, że w klubie fitness jest awaria prądu, więc ćwiczeń nie było, wróciłam i zrobiłam zdjęcia.





Pory roku
 
 Liczydło
 
Labirynt (w środku guziki)
 
Budowa książki jest otwarta: okładka-teczka z materiału, kartki nie są złączone (tak założyłam), aby dziecko mogło swobodnie wyjmować kartę, którą chce się bawić, a potem może w dowolne miejsce odłożyć do teczki. Można też dodawać nowe karty, które powstaną w przyszłości.

 
Pajęczyna (nitka to łańcuszek szydełkowy)


Okładka jest z materiału bawełnianego wypełniona cieniutkim polarem (dla pogrubienia), wiązana przyszytymi sznurówkami. Książka jest spersonalizowana - naszyłam na wierzchu imię wnuczki.



Największą trudność sprawiło mi rysowanie (nie posiadam specjalnych zdolności plastycznych, a nie zawsze udało się znaleźć schemat). Zaufałam więc swym miernym zdolnościom rysunkowym - no cóż jest, tak jak jest.
Jutro robię paczkę mikołajową dla wnuczki, oczywiście dołożę do niej jakieś kupne zabawki.

sobota, 19 listopada 2016

Nie mam pomysłu na tytuł posta

Zaprzyjaźnione czytelniczki mojego bloga pytają o powód milczenia. No zamilkłam... Każdy dzień jakoś odsuwał chęć napisania czegoś na blogu. Kiedy robi się przerwę, a ona się wydłuża, coraz trudniej wrócić. Nie cierpię na brak tematów, temat zawsze się znajdzie. Tylko trudno zabrać się za działanie. Ta szybka, ponura, zimowa jesień bardzo negatywnie na mnie działa. Jestem człowiekiem lata i słońca - to mój żywioł (chociaż urodziłam się w lutym). Kiedy trwają długie dnie, świeci słońce  - żyję. A ten czas bezsłoneczny, ponury - odbiera mi chęć działania. Czas się rozłazi, niby powinnam go mieć więcej (odpada praca w ogrodzie), jednak wykorzystuję go nieefektywnie. Ciśnienie około 100/60 pozwala tylko na przetrwanie. Nieustannie mi zimno - wkładam w domu bluzy polarowe i futrzane kapcie ( już!). Chyba dopadła mnie depresja jesienna... Bo przecież jest jak zwykle: praca, zajęcia domowe, treningi, gotowanie, robótkowanie z doskoku. Ale gotować mi się nie chce, robótkować mi się nie chce, nawet mniej spędzam czasu przed komputerem. Owszem pilnuję pracy i treningów - no i idę (do tej pracy i do klubu fitness). Efektów robótkowych nie mam: co zacznę jakiś projekt, udziergam do pewnego etapu - to porzucam, albo pruję. Nic mi się nie podoba (a to do mnie niepodobne). A tu trzeba zacząć produkcję jesienno-zimowej odzieży...
Mam nadzieję na poprawę aury - już dzisiaj było cieplej (acz bez słońca), a co za tym idzie i nastroju. Tymczasem kupiłam sobie w "Biedronce" kubki w dzianinowy wzorek, o taki:


Dodatkowo to komputer jakoś "muli" i strony kiepsko się otwierają. Wyczyściłam historię przeglądania, a poprawa mierna. Więcej się nie znam, nie wiem co tam jeszcze mogę zrobić?
Ech - nieoptymistyczny wpis, jak cała otaczająca nas rzeczywistość...

niedziela, 30 października 2016

Spacer z trzema ogonami

Ponownie przyjechał Hirek. Jest postęp w stosunkach: Ifa - Hirek. Młodzieniec może już chodzić po domu w obecności suki, ta z kolei jako tako go toleruje, jedynie od czasu do czasu nieco powarkując. Tyle, że jeść muszą osobno. Ale spacery mojej psiej grupy odbywają się już bezproblemowo i bez komplikacji. Zabieram na spacer główny całą trójkę. Wczoraj psy biegały po błoniach nad Sanem, dziś zabrałam je na czołgowisko. Wyprawa dwugodzinna, ponad osiem kilometrów w łapach. Pogoda różna: po południu zaczęło padać, więc chwilkę wstrzymałam się z wyjściem, potem: deszcz, drobny grad, następnie nieco się uspokoiło i nawet wyszło słońce. Aura jednak nie sprzyjała fotografowaniu, bo generalnie było dość ciemno i niskie, ciemne chmury przeszkadzały w doświetleniu zdjęć.




Psy jednak radośnie korzystały z możliwości wybiegania się. Nie powiem mijający mnie ludzie patrzyli ze zdziwieniem, kiedy prowadziłam na trzech smyczach trzy tak różne psy. Nie dość, że gabaryty od najmniejszego do największego, to jeszcze trzy różne kolory. Jednak się tym nie przejmowałam. Ważna dla mnie była radość zwierząt. Szczególnie Hirek był zadowolony.


Początkowo nie bardzo wiedział na czym polega ten spacer i podskakiwał przy mnie za swoją piłeczką, potem zorientował się, że trzeba biegać i wąchać, wszak tyle różnych zapachów nad stawami, na łąkach i w lesie. To biegał za Ifką, to wypuszczał się sam w boczne ścieżki. Uczyłam go przychodzenia do nogi - jednak zawsze przy nodze pierwsza była Ifka, młody stawiał się za nią (Tola tego nie umie i żyje jak maskotka).





Po powrocie do domu mycie (wybłociły się okrutnie) i jedzenie, potem odpoczynek (spanie). Już żadne nie miało ochoty na jakąkolwiek zabawę.

piątek, 28 października 2016

Trochę polskiej, złotej...

Kiedy w końcu zaświeciło słońce, a przymrozki jeszcze nie spowodowały, że z drzew spłynęły liście, udało się uchwycić w obiektyw aparatu troszkę urokliwej jesieni:










LinkWithin

Related Posts with Thumbnails