Obserwatorzy

niedziela, 5 października 2014

Na Przysłup

wycieczka spontaniczna, bo nic na niedzielę nie zaplanowałam spodziewając się nieszczególnej pogody. Ranek powitał nas słońcem, więc po leniwym śniadaniu zapadła szybka decyzja, że gdzieś by się wybrać: niedaleko i na krótko. W ramach zgłębiana czerwonego szlaku wiodącego Górami Słonnymi wybraliśmy się od Przełęczy Przysłup w stronę Słonnego (są dwa szczyty Słonne - od lewej i od prawej strony przełęczy).



Zatrzymaliśmy się, by z punktu widokowego Gór Słonnych popodziwiać panoramę (mimo słońca dość zamgloną);






Wycieczka błotnistą, pełną kałuż trasą i  bukowym lasem byłą przyjemna. Popodziwiać można było nietypowe dziwolągi przyrodnicze i stareńkie dęby mające na pewno kilkaset lat.




Po krótkim czasie osiągnęliśmy szczycik Przysłup i wyruszyliśmy dalej.




Niestety pozimniało, słońce zaszło i kiedy dotarliśmy do słupa triangulacyjnego (myślę, że był Słonny, lub było do niego niedaleko) - zdecydowałam, że wracamy.



 
I dobrze, bo kiedy już ruszyliśmy autem z miejsca parkowania - gwałtowie się rozpadało.
No była dawka ruchu i świeżego powietrza. W domu mycie "podwozia" psów, które porządnie się wybłociły, michy i spanie (psy i mąż), a ja ruszyłam do innych obowiązków.

Dziękuję moim Czytelniczkom za komentarze pod poprzednim postem. Za wszystkie słowa wsparcia i optymizmu.

sobota, 4 października 2014

Moje zmagania...

Niewiele piszę na moim blogu o problemach osobistych - nie mam tego w zwyczaju. Swoje sprawy zwyczajowo załatwiam w czterech ścianach własnego domu. Jednak temat dzisiejszy - tak sądzę - nadaję się do podzielenia z Czytelnikami. Być może moje doświadczenia komuś się przydadzą. W lipcu zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 2. Oczywiście szok. Zawsze mi się wydawało, że odżywiam się dość zdrowo, mam dość dużo ruchu i jeżeli nawet przytyłam w ostatnim czasie, to jest to wynik mojego nawyku podjadania słodyczy, nad którym mogę zapanować. No cóż wyrok był jednoznaczny. Wraz z diagnozą uświadomiłam sobie (poczytawszy szczegółowo tu i ówdzie o tej chorobie), że różne objawy były już wcześniej - składałam je jednak na karb przemęczenia, starzenia się itp. Z drugiej jednak strony uwarunkowania genetyczne powodowały, że znajdowałam się w grupie ryzyka (choruje moja mama od lat czterdziestu, zapadł na cukrzycę  mój brat kilka lat temu).
No więc trzeba było podjąć walkę. Lekarka rodzinna zaczynała ostrożnie zapisała mi 1 tabletkę leku "Siofor 500". Jak się okazało w pierwszym miesiącu leczenia - była to dawka za mała. Została włączona druga tabletka. Zażywam je przy obiedzie i kolacji. Moja świadomość cukrzycowa rosła wraz z upływem czasu i samokształceniem na ten temat. Więc najpierw zmiana nawyków żywieniowych. I nie ma tak, że np. zawsze smażyłam na oleju, a nie na smalcu, to dalej smażę. Zmiany są bardziej radykalne. Wystarczy wspomnieć tylko tyle, że kiedy robię pierogi i rodzina zajada je z apetytem, ja tych pierogów nie jem. Nie mam jednak jakiejś specjalnie określonej i przygotowanej przez dietetyka diety. Kieruję się bardziej zdrowym rozsądkiem i sprawdzaniem indeksu glikemicznego spożywanych produktów. Następnie ruch i ruch, i jeszcze raz ruch. I to tłumaczy, że w ostatnich miesiącach na robótki i blogowanie czasu było mniej. Walczyłam z cukrem i wagą.
Dziś jeszcze nie mogę powiedzieć, że cukrzyca mi się wyrównała (chyba jeszcze za mało czasu upłynęło), jednak wczoraj byłam u lekarza i po pierwszych badaniach od zdiagnozowania jest zdecydowana poprawa wyników.
Po pierwsze mogę się pochwalić, że schudłam w trzy miesiące 10 kg, pod drugie pierwszy raz od lat ponad dziesięciu załapałam się na górny wprawdzie, ale już w normie, wynik cholesterolu (z 276 zjechał do 198) - wiem, że jeszcze wysoko, ale nigdy nie udało mi się obniżyć wyniku nawet do ok. 220. Trójglicerydy zredukowane ze 124 na 52. No wynik  HbA1c niestety jeszcze 7,22%, ale obejmuje  jeszcze czas z pierwszego miesiąca po zdiagnozowaniu, kiedy cukry były jeszcze wysokie. Nie jestem w stanie obniżyć glukozy na czczo na niżej, niż 100; utrzymuje się w średnich granicach ok. 105- 110 - jednak porównawczo do początków po zdiagnozowaniu jest zdecydowana poprawa. W każdym razie pani doktor stwierdziła, że jak na tak krótki czas - jest rewelacyjnie. Moja - nie ukrywam - niekiedy katorżnicza  praca nad własnym organizmem, przyniosła efekty. No bo normalnie raczej nie chce się kobiecie po szećdziesiątce ćwiczyć przed komputerem około godziny 22.00 - 23.00 trening trwający +- 40 min.,  tak, by pot lał się strugami. Dawniej nie ćwiczyłam, bo wydawało mi się, że już jestem na to za stara. Inna forma aktywności wprowadzona z konieczności (poza chodzeniem z psami i kijami lub wycieczki górskie), to bieg jednorazowo 4 x 3 piętra w moim bloku (czasem tak biegam ze 3 razy dziennie). Sąsiedzi spoglądają z politowaniem, jednak nie komentują. No cóż - to wszystko przełożyło się na noszenie ubrań mniejszych o dwa rozmiary. Te kupione na wiosnę są zdecydowanie za duże. Dobrze, że kiedy w czerwcu pakowałam rzeczy do oddania, nie pozbyłam się tych wszystkich wcześniej za małych. Nie muszę teraz całkowicie odnawiać garderoby.
O żywieniu i innych wspomagaczach w walce z chorobą - innym razem. Dziś chciałam tylko podzielić się z Wami  drobnym na razie, ale wyraźnym sukcesem. Wiadomo z cukrzycy się człowiek nie wyleczy, ale może mieć na jej przebieg zdecydowany wpływ i to muszą sobie uświadomić wszyscy chorujący.
Idę więc się przebrać, żeby przećwiczyć kolejny trening.

środa, 1 października 2014

Z wieży widokowej

W maju pisałam o zmianach na terenie, gdzie  mieszczą się ruiny klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu. Wówczas, podczas fotografowania widoków z wieży widokowej, padły mi akumulatorki w aparacie. Obiecałam sobie, że tam jeszcze wrócę i spróbuję uwiecznić panoramę roztaczającą się z wieży. Niedawno mi się to udało.

Siedzę na schodach prowadzących na wieżę widokową
 
Przy murach klasztornych nadal trwają prace remontowe mające na celu ich wzmocnienie:



Teren nadal doskonale zagospodarowany, urosły nieco rośliny w ogródku, szczególnie zwracają uwagę zioła (np. kilka gatunków mięty). 


Jedynie nie zaczęto jeszcze żadnych prac we wnętrzu dawnego kościoła.





Wjazd do klasztoru zyskał jednak zabezpieczenie, pojawiła się nowa, żeliwna brama strzegąca zabytku.
A to już widoki roztaczające się z wieży:


 Na horyzoncie pasmo Gór Słonnych
 

 Rzeka Osława, a w centrum fotografii cerkiew w Wielopolu
 

poniedziałek, 29 września 2014

Lniany cardigan

nie mógł być bardziej prosty i nieskomplikowany. Zrobiłam go na maszynie gładkim wzorem, jednak zanim zyskałam tę formę swetra, rozważałam różne ewentualności: ażury, warkocze, wzory strukturalne itp. Próbka na drutach z różnymi wzorkami doszła do prawie 50 cm. Potem wszystko sprułam i włóczkę wrzuciłam na maszynę dziewiarską. Sweter miał być na koniec lata (nie zdążyłam).

Dzianina maszynowa + sznureczek wykończeniowy na drutach;
włóczka "Alize Bodrum" 280 m/100 g;
zużycie 400 g

Cardigan jest niezapinany, forma narzutki.  Sam projekt wykonawczo nieco  eksperymentalny. Chciałam uzyskać formę przodów wydłużonych do ukosa. Dlatego zrobiłam przód szerszy o 1/2 (niż  normalny) i od samego dołu spuszczałam na brzegu jedno oczko co kilka rzędów.

 
 
Drugim eksperymentem jest wrabianie rękawów z główką od razu na maszynie (są robione od góry i od razu na wykroju pachy). Sposób takiego wykonania rękawów raglanowych opisała u siebie na blogu Asja, z tym, że zrobiłam eksperyment z rękawami z główką.
Całość wykończona tylko sznureczkiem (rękawy na dole), plisa sznureczkowa przy dekolcie i na dole swetra. Ot taki kardigan do narzucenia na bluzkę. Kolor beżowo-lniany. Chyba nie mógł ten sweter mieć prostszej formy...



Włóczka "Alize Bodrum" przed namoczeniem wyrobu wyraźnie podgryzała. Potraktowana płynem do płukania straciła lnianą zgrzebność i jest znacznie milsza. Zdjęcia szybkie, na balkonie, bo jakoś nie zapowiada się w tym tygodniu sesja w ogrodzie.

sobota, 27 września 2014

W ogrodzie, zanim przyszła jesień...

Ostatnie zdjęcia z ogrodu, zanim zrobiło się zimno, mgliście i deszczowo:

 Zakwitły łany zimowitów:




Winobluszcz jeszcze zielony:

 
Mało słońca, wybujałe cynie:
 



W pełnym słońcu:


Niezawodna miechunka wysiewająca się samorzutnie z roku na rok:

 "Marcinki":

 

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails