Obserwatorzy

środa, 18 czerwca 2014

Konieczność życiowa

skierowała dzisiaj moje kroki do przychodni lekarza rodzinnego. I chociaż zwyczajowo są tu używane  tzw. "numerki" i określana godzina przyjęcia - zwykle i tak panuje opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów i swoje odsiedzieć trzeba. Toteż zawsze do kolejki zabieram robótkę. Dzisiaj dotarłam nieco spóźniona, ale jak się okazało i tak o jakieś dwie godziny za wcześnie. Zapytawszy o numer mnie poprzedzający (żeby zapamiętać za kim jestem) opadłam na krzesełko. Skonsumowałam proziaka i popiłam mineralną (nie miałam czasu, by coś wcześniej przekąsić). Zmieniłam okulary, wyjęłam serwetkę (już ostatnią z szóstki, którą obrabiałam koronką) i ruszyłam z szydełkowaniem.
Obok siedziały dwie panie, z których jedna szczegółowo relacjonowała tej drugiej, kulisy kariery szkolnej swej córki licealistki. Była więc i charakterystyka kolejnych nauczycieli uczących "moją Wikę", opowieści o tym, jak córka walczy o wyższe oceny, jak wykłóca się o swoje sprawy w szkole. Tej mamie usta się nie zamykały, druga była bardziej powściągliwa i mniej mówiła o swym synku (jak się domyśliłam również licealiście)...
Do lekarki przyjmującej w sąsiednim gabinecie ustawił się również sznureczek pacjentów, głównie młodych mam z dziećmi w wieku rozmaitym: od  niemowlęctwa do szkolnopodstawówkowego. Te starsze dzieci w miarę spokojnie czekały na przyjęcie, natomiast młodsze o mało nie rozniosły poczekalni. Było więc walenie zabawkami, rzucanie klockami, gonitwy, krzyki. Chwilami panował taki rwetes, jak na targowisku w dawnych czasach. A mamuśki rozrabiających pociech siedziały jak posągi zachowując stoicki spokój, żując gumę i zupełnie nie reagując na to co czyni ich progenitura. Jedna mała dziewczynka (na oko trzylatka), ładna, rezolutna i dobrze rozwinięta, bawiła się zabawkami, jednak jej działaniom towarzyszył krzyk, mało mówiła, cały czas krzyczała. I chociaż dziewczynka urocza z wyglądu - moja irytacja narastała i czułam, że moje zwyczajowo dość niskie ciśnienie - rośnie. Chłopczyk na oko pięcioletni przechodził sam siebie: biegi, skoki, zabawa karabinem złożonym z klocków. Mamusia podniosła tyłek dopiero wtedy, kiedy dzieciak wspiął się na parapet otwartego okna...
Raczej staram się takie sytuacje przetrzymać, jednak dzisiaj (możliwe, że mój próg tolerancji był nieco obniżony z powodu gorszej kondycji psychicznej), nie wytrzymałam i  zwróciłam uwagę trzylatce mówiąc: "nie krzycz". No i dostało mi się od matek, rzuciły się na mnie jak harpie: jak śmiem zwracać dziecku uwagę, bo przecież jest małe i się nudzi czekając tyle na przyjęcie do lekarza, że to przecież przychodnia rodzinna i dzieci mają prawo się bawić.  "To niech się bawią, a nie krzyczą" - odrzekłam. Najbardziej gardłowała mama licealistki (już wcześniej zdiagnozowałam ją jako osobowość niezwykle roszczeniową i przekonaną o swej nieomylności). Dodałam jeszcze, że człowiek kulturalny uczy swe dzieci, jak mają się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach, a nie pozwala na wszystko. Z kolei ze strony matek znalazło się jeszcze odniesienie do mojego szydełkowania, że siedzę i szydełkuję (pewnie byłoby lepiej gdybym plotkowała). A matka trzylatki rzuciła mi w twarz, że zna moją córkę Matyldę i wyraźnie zasugerowała, że nie zawsze była grzeczna. Wtedy dopiero skojarzyłam, że ta młoda kobieta jest koleżanką szkolną mojej córki. Nie do końca wiem, jak zachowywała się moja córka w grupie rówieśniczej, jednak na 100% wiem, jak zachowywała się jako dziecko w poczekalni do lekarza. Z takim argumentami więc nie będę dyskutować. Skutek był taki, że matka na chwilę wzięła dziecko na kolana i usiłowała czymś zająć. Cisza w przychodni zapanowała wówczas, kiedy kobieta weszła ze swym dzieckiem do lekarza. W całej tej sytuacji tylko jeden tata wsparł mnie uśmiechem (jego syn był bardzo grzeczny).
Zapewne narażę się też niektórym moim czytelniczkom. Jednak nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania, uważam też, że trzylatce można już wyraźnie określić granice, jak powinna się zachowywać w różnych miejscach i sytuacjach - może nie zawsze zrozumie, czy też się dostosuje, ale to jest właśnie proces wychowania. Potem takie dzieci idą do szkoły i są nie do ujarzmienia, gdyż wszystko im wolno, a nauczyciel nie ma żadnej możliwości ingerencji, może jedynie mówić i prosić o uspokojenie. Nie wiem też dlaczego te małe dzieci nie rozmawiają, tylko nieustannie krzyczą - wystarczy znaleźć się na przerwie w szkole podstawowej - panuje tam wrzask nie do zniesienia...
Nie jest to pierwsza zaobserwowana sytuacja, kiedy matki zupełnie nie reagują na to jak zachowują się ich dzieci. Jednak i w kolejce do lekarza widziałam dzieci w porównywalnym wieku, które były grzeczne i potrafiły spokojnie bawić się zabawkami zgromadzonymi w poczekalni.

 Na polu robótkowym  tak sobie:  kończę sweterek z bambusa. Oj ciągnie się ta robótka - chociaż bluzka robiona na maszynie. Najpierw w e-dziewiarce pomylili adresy odbiorcy i zamówiona przeze mnie włóczka ponoć poszła do kogoś innego (ponad 2 tygodnie to trwało, zanim dotarła do mnie). Potem po wykonaniu przodu i tyłu, okazało się, że braknie jednego koloru - zamówiłam więc i czekałam na przesyłkę. Następnie na drutach 2,25 robiłam ściągacze - oj dość długo. Teraz zostało mi już tylko dorobienie rękawów i zeszycie całości. Może się z tym uporam do soboty.
Na zakończenie - kadr z chałupy:

W niebieskościach...

niedziela, 15 czerwca 2014

Nie dziergałam wczoraj publicznie

jednak z przyjemnością podglądałam relacje blogowe z tego dnia. Sobotę wykorzystałam na prace ogrodowe. Aura się pogorszyła, upały gdzieś sobie poszły, a komary postanowiły zostać. Muszę przyznać, że rada polecająca smarowanie ukąszeń octem, okazała się bezcenna. Dziękuję. Rzeczywiście ocet łagodzi swędzenie. Ponoć też i odstrasza komary - muszę i to wypróbować. Jak się okazuje ocet w gospodarstwie domowym ma wiele zastosowań. Sama używam go do  czyszczenia kranów, odkamieniania pralki, mycia okien itp.
Leniwa niedziela jakoś tak przepłynęła nijako. Skróciłam tylko nogawki w  spodniach, podszyłam obrąbek letniej spódnicy, której koronka się wystrzępiła i uszyłam worek do prania biustonoszy w pralce.
Na polu robótkowym marnie - wciąż drobiazgi. Dziś dwie czapki-berety dla Wandy (kiedy ona w tym pochodzi?) i dwie serwetki lniane obrobione koroneczkami.


Berety oczywiście z bawełny
 

Stare serwetki nabrały lepszego wyglądu po obrobieniu koroneczką - wcześniej miały frędzelki wysnute z materiału
 

czwartek, 12 czerwca 2014

Tak właściwie to o niczym istotnym ten post

Czas galopuje w te upały. Wczoraj pasteryzowałam ostatnie słoiki z sokiem z czarnego bzu. Zakończyłam też przerób truskawek na dżem. Mam jeszcze ochotę, by zrobić dżem rabarbarowy z imbirem - polecała mi go w komentarzach Ania.
W ogrodzie podczas tych upałów uaktywniły się niesamowicie komary i tną bez opamiętania. W któryś dzień z zapałem zabrałam się po południu za pracę rozebrawszy się do krótkich spodni i skąpej bluzeczki. Pracę jednak skończyłam "umundurowana" szczelnie od stóp do głów. Bo ubrałam najpierw długie spodnie i skarpety, potem bluzkę z długimi rękawami. Przez cienką bluzkę i skarpety cięły dalej niemiłosiernie, więc włożyłam jeszcze bluzkę flanelową. Dodam także, że byłam spryskana środkiem na komary i zjadłam wcześniej kilka witamin B (ponoć zapach ciała po ich spożyciu ma odstraszać bąki i komary). Tną nawet w głowę przez włosy. Jest po prostu nie do wytrzymania. A teraz piję wapno, smaruję ugryzienia "Altacetem" i tak drapię się bez przerwy. Swędzenie nieco mija po "Allertecu", ale z kolei powoduje on u mnie senność...
Poza tym pochłania mnie praca i w sumie brak czasu na przyjemności, a projekty z trudem krystalizują się w mojej zmęczonej głowie, która przyłożona do poduszki zapada w niebyt snu (najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie w nocy). Ponadto nawet bez "Allertecu" ciśnienie w te upały spada mi katastrofalnie i głowa się kiwa. W związku z tym muszę się położyć, a Morfeusz porywa mnie w swe objęcia.

Już kiedyś chciałam zapytać czy Panie spotkały się z taka sytuacją: mam w obserwowanych różne blogi, niektóre z nich były mało aktywne w ostatnich czasach (nie było nowych wpisów) i nagle ukazały się w czytniku z dawnym adresem, a nowymi wpisami zupełnie innych autorów. Tak zdarzyło się z blogiem devorgilli  celtic-knitting, pani Ewy Kwiatkowskiej  - jest adres jej dawnego bloga, a wpisy zupełnie kogoś innego jakiegoś Alin Ionescu. I kiedyś tak było z niektórymi blogami Gosi Bukowskiej. Czy ktoś przejmuje adresy blogów, kiedy ich autorzy np. przestają pisać bloga, czy też tego bloga likwidują?
Najciekawsze jest to, że np. czytnik pokazuje "zajawki" dawnych postów naszych koleżanek dziewiarek, a potem od pewnego momentu zaczynają się te nowe wpisy autorów, którzy piszą teraz pod tym adresem.

Mąż ogląda pierwszy mecz Mundialu, a ja nie mogę się nadziwić, że TVP przegadała ceremonię otwarcia mistrzostw, "bo nie było sygnału dla Europy". Co okazuje się wierutną bzdurą, gdyż internauci z innych krajów europejskich tę uroczystość oglądali. Jak więc można Polakom pleść takie androny.

niedziela, 8 czerwca 2014

Sezon na przetwory rozpoczęty

W poprzednich latach jakoś mniej robiłam przetworów, tylko trochę soków z aronii i z kwiatów  czarnego bzu. Potem jeszcze jakieś jesienne jabłka, papryki i buraczki... W ostatnich latach nie zużywaliśmy wszystkiego, a i Matylda mniej zabierała. W tym roku córka wyjawiła, że chętnie by przygarnęła jakieś dżemy truskawkowe. No więc ruszyłam z produkcją. Zrobiłam słoiki z samymi truskawkami, a wędrując po blogach zobaczyłam też dżem truskawkowo-rabarbarowy. Postanowiłam spróbować i takiego. Okazał się całkiem smaczny (rabarbaru nie dawałam zbyt wiele, ot tak by nadać minimalnie kwaskowaty smak):



Jednocześnie zbieram czarny bez i robię sok (nieoceniony w zimie podczas przeziębień). Pachnie więc w domu na zmianę truskawkami i czarnym bzem. Dziś zgotowałam poprzedni (nastawiony w piątek) i przygotowałam następny:



Tymczasem w zarośniętym i zaniedbanym ogrodzie (nigdy niczego nie da się zrobić na czas) dominuje kwitnienie w żółtym kolorze: 

ale nie wyłącznie:

sobota, 7 czerwca 2014

Ranne telefony

Tego dnia wychodziłam później do pracy. No więc oczywiście pospałam nieco dłużej. Potem czas na zabiegi higieniczne, nieco bardziej pracochłonne śniadanie, niż zwykle... Psiska powitały mnie leniwie i nawet nie szykowały się do wyjścia. Królik z entuzjazmem przyjął miskę z karmą. To może wykonam jakieś zabiegi regeneracyjnie twarzy? Szkoda gadać - zarówno buzia, jak i reszta wyraźnie nadszarpnięte zębem czasu. "Peeling se zrobie" - zdecydowałam. Sięgnęłam po kwas hialuronowy (kupiłyśmy sobie na spółkę z Matyldą w aptece z kosmetykami naturalnymi). Wymasowałam twarz i szyję tym kwasem z drobinkami czegoś tam (też kupionego w tej aptece), potem uraczyłam je organicznym olejem makadamia i czekałam aż się wchłonie. Wtedy po raz pierwszy zadzwonił telefon stacjonarny (zwykle nikt w domu tych rannych połączeń nie odbiera). Pani rozpoczęła od pytań czy cierpię na miażdżycę, nadciśnienie, cukrzycę. Niezrażona odpowiedzią przeczącą, kontynuowała swą wypowiedź: że to nie szkodzi, bo ich oferta skierowana jest też do ludzi zdrowych, że warto, że powinnam... Zwyczajowo już w tym momencie przerywam rozmowę stwierdzając: "Nie jestem zainteresowana." Nie wiem jednak co mnie podkusiło, że słuchałam dalej. A więc mogę sobie zamówić: a) całodobowa konsultację kardiologiczną, b)samodzielnie mogę wykonywać badania EKG aparatem, który od nich otrzymam, a potem zostanie mi na zawsze... Przerwałam: za ile? Odpowiedź: za 68 zł miesięcznie w ratach na trzy lata.
Hmm czas się kurczy, a ja jeszcze włosów nie umyłam. Rzucam w telefon stałą formułę: "Nie jestem zainter... W głosie pani autentyczne zdumienie: "A dlaczego?" Przecież to taka świetna, niepowtarzalna okazja... Postanowiłam zakończyć i stwierdziłam: "Wasza oferta jest dla mnie za droga". Z interlokutorki jakby zeszło powietrze. Rozłączyła się.
No to włosy umyję - postanowiłam. Kiedy już doszłam do etapu: pianka do układania - zadzwonił telefon nr 2. "Czy pani Marta J..." "Tak - słucham". "Przygotowujemy nową książkę telefoniczną, czy dane adresowe się nie zmieniły? Czy chce pani uzupełnić je o numer komórkowy?" Potem było o układzie i zawartości książki, o wyższości tej edycji nad wszystkimi poprzednimi. Dość szeroko został potraktowany wątek  traktujący o części książki poświęconej adresom i telefonom obejmującym publiczną i niepubliczną służbę zdrowia. "Czy oni mają tam w wykazie mój PESEL - pomyślałam?" Pani na szczęście długo nie nalegała na to bym zamówiła sobie nową książkę telefoniczną za 80 zł z doręczeniem do domu za dwa miesiące (plus koszty dostawy). Jednak parę sekund wcześniej powiało grozą, kiedy stwierdziła, że właśnie mnie dopisuje do listy kupujących tę że...
Wróciłam do łazienki, wysuszyłam włosy, potraktowałam lakierem... No dobra śniadanie, nie ma już czasu na wymyślanie: zielona herbata, kawa (zawsze piję jednocześnie), biały serek, rzodkiewki, kiełki, trzy plasterki wędliny, kromka chleba ziarnistego. Odpalam komputer - trzeba zobaczyć co tam w świecie słychać...
Oj mało już czasu, trzeba wychodzić... Telefon nr 3. "Chciałam panią zaprosić na prezentację pościeli wełnianej w "Hotelu pod różą", połączoną z degustacją..."
"Nie jestem zainteresowana" - warknęłam do telefonu. Błyskawicznie wciągnęłam dżinsy. Machnęłam po twarzy pędzlem z sypkim pudrem, poróżowałam policzki, pomalowałam usta, popsikałam się perfumą. W locie porwałam kluczyki do samochodu i torebkę.
Wiem, wiem zwyczajowo nawet nie odbieram takich telefonów...

P.S. Ifunia ma się lepiej. Na kolację "zeżarła" ranną suchą karmę i jedzenie wieczorne. Teraz pochrapuje mi za plecami.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails