za życzenia pomyślności i zdrowia na ten rok. Dziękuję też za pamięć. Zniknęłam z blogosfery na dobrych kilka miesięcy. Nie było aury do pisania, jednak podgladałam życie blogowe Czytelniczek i dziewiarek.
Jak wcześniej pisałam niewiele dziergałam z powodu niemocy dłoni. Powstały jednak jakieś tam drobiazgi. Po narodzinach wnuczki zrobiłam, wydaje mi się, sprawdzone zabawki. Jedną ośmiorniczkę już pokazywałam. Potem wykonałam następną (nieco większą, z grubszych nici) oraz chusteczkową maskotkę zajączka.
Ta ośmiorniczka powstała jeszcze w jesieni , w sezonie kwitnienia zimowitów:
Kolejna nieco później:
I w końcu zajączek:
Na tym eksperymenty zabawkowe zakończyłam. Chociaż wykonywanie takich drobiazgów jest bardzo przyjemne, a efekt końcowy - szybki.
Melusia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia została ochrzczona.
Wystąpiła w tym samym komplecie, który zrobiłam dla Wandy. Mama dziewczynek pieczołowicie go przechowała. Wandzia, która już skończyła cztery lata oglądała ubranko z wielkim zainteresowaniem. Dorobiłam tylko czapeczkę (pierwotnie czapki nie było). Zdjęć jednak nie ma.
Obserwatorzy
piątek, 5 stycznia 2018
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Powrót
Żegnam 2017 r. bez
żalu, raczej z ulgą, że w końcu odszedł. Naznaczony licznymi chorobami i
niesprzyjającymi zdarzeniami w rodzinie, nie kojarzy się zbyt dobrze. Pamiętam,
że na przełomie 2016 i 2017 roku życzyliśmy
sobie, żeby nie był gorszy od poprzedniego. Był. Mam nadzieję, że w tym 2018 r.
zła passa opuści naszą rodzinę.
Jedynym jasnym
promykiem były narodziny naszej drugiej wnuczki Melanii.
Mam za sobą dużo
trudnych dni. Niewiele też działałam robótkowo. Kontuzja ręki przeciągnęła się
niemal do końca roku. Samo złamanie wygoiło się dość szybko. Jednak uszkodzeniu
uległy nerwy. I tak w czerwcu miałam operację wyciągania drutów zespalających
kości. Już myślałam, że się poprawi i
zacznę odzyskiwać sprawność dłoni. Niestety dobrze było może z tydzień, a potem
cierpniecie i drętwienie bardzo dawało się we znaki. Wizyty u neurologa,
ortopedy, czekanie na badanie przewodnictwa nerwów w dłoni, doprowadziły do potwierdzenia diagnozy
(mojej), że cierpię teraz na cieśń nadgarstka.
Jak się okazało stan nerwów był taki, że należało operować jak najszybciej
po raz kolejny (nie było pewności powodzenia). I znów dochodziłam do siebie (tzn.
ręka dochodziła) dwa miesiące. Tym razem dłoń bardzo oszczędzałam, bałam się
kolejnych powikłań. Zresztą w poprzednich miesiącach z powodzeniem przestawiłam
się na lewą rękę: wykonywałam nią prawie wszystkich czynności,: dźwiganie zakupów, nawet jedzenie sztućcami, odkurzanie, sprzątanie itp.).Obecnie jest jako tako: cieśń ustąpiła, ale okazało się, że
mam tzw. trzaskający (strzelający) palec
- raczej palce: serdeczny i piąty. Mogły zostać zoperowane przy cieśni, ale
wtedy sobie nie uświadamiałam, że coś się dzieje. Po prostu nie wiem czy już
były objawy, czy zauważyłam je po operacji. Na razie jakoś funkcjonuję, może
w przyszłości zdecyduję się na kolejny zabieg. Ponadto z lewą dłonią dzieje się
podobnie - mam już objawy cieśni. Generalnie dłonie są dość słabe jeszcze np. nie odkręcę sobie samodzielnie zakrętki z butelki z wodą, nie zacisnę mocno w pięść.
Powyższe perypetie
zdecydowanie wykluczyły działania dziewiarskie. Kocyk dla Meli robiłam na
drutach prawie osiem miesięcy. Po prostu się nie dało. Dłoń cierpła, bolała
i czasem udało się przerobić 2-4 rzędy.
Skończyłam, kiedy dziecko było już na świecie, a zaczynałam mając jeszcze
rękę w gipsie.
Stopniowo zaprezentuję
moje nieliczne robótki wykonane w tym
czasie. Na razie kocyk i ośmiorniczka dla malutkiej.
Włóczka "Grażka"; 100% akryl, 120m/50 g; druty 3,5 mm; zużycie 350 g
Kocyk został spersonalizowany: otrzymał naszywkę z imieniem Meli:
Czas wracać zarówno do
równowagi psychicznej, codziennego życia i blogowania. Jest to trudne po takim
czasie, jednak mam nadzieję na stabilizację życiową i spokój.
PS. Nigdy jednak nie
można ufać, że będzie OK.
Dzisiaj uciekł nam Hirek. Wpis przygotowałam przed
południem, ale nie zdążyłam opublikować. Potem pojechaliśmy na działkę, jakoś nie chciało mi się iść z psami (codziennie chodzę po kilka kilometrów).
Zamierzałam pospacerować (nie chodzić daleko) po ogrodzie i lesie. A Hiruś,
który został u nas na ferie zimowe, zdążył w ogrodzie siknąć kilka razy, zwalić
kupsko na kretowisko i zanim się obejrzałam, pobiegł za Tolą w las. Prawie
natychmiast zaczęłam go wołać. Tolka wróciła po 10 minutach. A tego łapserdaka
nie było - darliśmy się z mężem na zmianę: "Hirek". Obeszłam kawał
lasu. Zapadał zmrok. Postanowiliśmy, że ja wrócę do domu, a mąż zostanie do
20.00, będzie czekał i nawoływał. Kiedy już byłam w domu - mąż zadzwonił, że
nicpoń wrócił. Nie było go prawie dwie
godziny. Kiedyś w lecie nam tak uciekł, ale wrócił po niecałej godzince. A tu
już szybko zapał zmrok, zaczął padać deszcz. Wsiadłam w auto i pojechałam po
nich. Brudny był po same uszy, zmęczony. Już zastanawiałam się jak go jutro szukać,
że może zawiozę męża o siódmej rano, żeby szukał. Zastanawiałam się nad
ogłoszeniami...
I co robić z łobuzem: niewybiegany dokucza w domu, zaczepia Ifę,
rozrabia. Kiedy biorę na wybieg: czasem ucieka.
A teraz dokucza mi zdarte
gardło. Diabli wzięli plany spędzenia spokojnego popołudnia.
W nowym roku 2018 życzę
Wszystkim moim Czytelnikom
braku
problemów, dużo zdrowia
oraz zadowolenia z życia.
sobota, 23 grudnia 2017
czwartek, 9 marca 2017
Dar serca
to czapeczka i kapcie zrobione dla chorych dzieci przez panią Monikę Wilk w odpowiedzi na moją prośbę. Troszkę to trwało, zanim zabrałam się za napisanie tego postu. Pani Monice bardzo dziękuję za zaangażowanie i serce. Dzisiaj pokazuję zdjęcia, które mi przysłała:
Jednocześnie przepraszam, że tak długo trwało zanim je pokazałam. Pani Monika swe zobowiązanie wykonała już bardzo dawno.
U mnie nic nowego - nie da się przyspieszyć wygojenia tak złamanej ręki. Wszystko idzie swym trybem, chociaż wizytę u ortopedy przyspieszyłam o tydzień, niestety nic mi to nie dało. Usłyszałam, że mam nosić gis i czekać na zrośnięcie. Rozwodzić się na ten temat nie będę - idę na kolejną wizytę w przyszłym tygodniu.
Jak widać na blogowanie czasu nie ma i na razie nie będzie. Muszę ogarniać inne sprawy. Jutro przenoszę się do domu mamy (będzie wypisana ze szpitala), by się nią zajmować. Jak to będzie - wyjdzie w praktyce. Słabo to sobie wyobrażam. Nie będę opisywać szczegółów.
Nie będę też za bardzo miała dostępu do internetu, chyba że coś jeszcze załatwię. Nie wiem jak długo to wszystko potrwa...
Jednocześnie przepraszam, że tak długo trwało zanim je pokazałam. Pani Monika swe zobowiązanie wykonała już bardzo dawno.
U mnie nic nowego - nie da się przyspieszyć wygojenia tak złamanej ręki. Wszystko idzie swym trybem, chociaż wizytę u ortopedy przyspieszyłam o tydzień, niestety nic mi to nie dało. Usłyszałam, że mam nosić gis i czekać na zrośnięcie. Rozwodzić się na ten temat nie będę - idę na kolejną wizytę w przyszłym tygodniu.
Jak widać na blogowanie czasu nie ma i na razie nie będzie. Muszę ogarniać inne sprawy. Jutro przenoszę się do domu mamy (będzie wypisana ze szpitala), by się nią zajmować. Jak to będzie - wyjdzie w praktyce. Słabo to sobie wyobrażam. Nie będę opisywać szczegółów.
Nie będę też za bardzo miała dostępu do internetu, chyba że coś jeszcze załatwię. Nie wiem jak długo to wszystko potrwa...
sobota, 25 lutego 2017
Nie mam pomysłu
na tytuł...
Dziękuję za życzenia zdrowia. Z ręką chyba lepiej - 13 marca mam się zgłosić do kontroli. Mam nadzieje, że wówczas może już dostanę ortezę, co poprawi mi komfort życia. Ćwiczę palce i dłoń specjalnymi piłeczkami i krążkami. Wyraźnie wzmocniłam chwytność palców. Zażywam odpowiednie suplementy diety mające przyspieszyć zrastanie kości (wapń, witaminę D, tran, "Osteogenon", "Urazym" zawierający bromelainę i papainę - enzymy proteolityczne, piję bulion wzbogacony żelatyną...) Ręka prawie wcale mnie nie boli - nie zażyłam ani jednej tabletki przeciwbólowej. Przyznam, że dwa tygodnie byłam dosyć osłabiona. Teraz już wróciłam do normalnej aktywności (na ile to możliwe), niestety normalne treningi są na razie wykluczone, ale chodzę na bieżnię i orbitrek i staram się ćwiczyć przynajmniej godzinę. Zaczęłam też wychodzić z psami - prowadzę obydwa na jednej smyczy z rozwidleniem, którą trzymam w lewej ręce. Jakoś leci - tyle, że jeszcze nie bardzo mogę coś tą ręką kroić nożem. Myślę, że będzie dobrze. Musi być.
Dziękuję malguni i Monice Wilk za deklarację wykonania czapek - proszę się oczywiście kontaktować się z Panią Edytą za pomocą podanego maila w poprzednim poście. To wspaniale, że są jeszcze na świecie ludzie bezinteresowni, chcący poświęcić swój czas i pracę dla innych.
Dla mojej rodziny początek roku nie jest szczęśliwy, nieszczęścia chodzą parami. Zmagam się też z ciężką chorobą mamy. Rytm dnia od ponad 1,5 miesiąca wyznacza codzienna wizyta w szpitalu. Jest trudno i lepiej niestety nie będzie - walczymy o każdy dzień. Nie wiem co przyniesie ranek następnego dnia... Pewnie w najbliższym czasie mama zostanie wypisana, więc będę musiała u niej zamieszkać i się nią opiekować. Za tydzień wracam do pracy i wszystko trzeba będzie jakoś pogodzić.
Oczywiście muszę dać radę i dam. To dlatego za bardzo nie mam głowy do pisania postów.
Mam nadzieję, że z czasem powrócę do systematycznych wpisów.
Dziękuję za życzenia zdrowia. Z ręką chyba lepiej - 13 marca mam się zgłosić do kontroli. Mam nadzieje, że wówczas może już dostanę ortezę, co poprawi mi komfort życia. Ćwiczę palce i dłoń specjalnymi piłeczkami i krążkami. Wyraźnie wzmocniłam chwytność palców. Zażywam odpowiednie suplementy diety mające przyspieszyć zrastanie kości (wapń, witaminę D, tran, "Osteogenon", "Urazym" zawierający bromelainę i papainę - enzymy proteolityczne, piję bulion wzbogacony żelatyną...) Ręka prawie wcale mnie nie boli - nie zażyłam ani jednej tabletki przeciwbólowej. Przyznam, że dwa tygodnie byłam dosyć osłabiona. Teraz już wróciłam do normalnej aktywności (na ile to możliwe), niestety normalne treningi są na razie wykluczone, ale chodzę na bieżnię i orbitrek i staram się ćwiczyć przynajmniej godzinę. Zaczęłam też wychodzić z psami - prowadzę obydwa na jednej smyczy z rozwidleniem, którą trzymam w lewej ręce. Jakoś leci - tyle, że jeszcze nie bardzo mogę coś tą ręką kroić nożem. Myślę, że będzie dobrze. Musi być.
Dziękuję malguni i Monice Wilk za deklarację wykonania czapek - proszę się oczywiście kontaktować się z Panią Edytą za pomocą podanego maila w poprzednim poście. To wspaniale, że są jeszcze na świecie ludzie bezinteresowni, chcący poświęcić swój czas i pracę dla innych.
Dla mojej rodziny początek roku nie jest szczęśliwy, nieszczęścia chodzą parami. Zmagam się też z ciężką chorobą mamy. Rytm dnia od ponad 1,5 miesiąca wyznacza codzienna wizyta w szpitalu. Jest trudno i lepiej niestety nie będzie - walczymy o każdy dzień. Nie wiem co przyniesie ranek następnego dnia... Pewnie w najbliższym czasie mama zostanie wypisana, więc będę musiała u niej zamieszkać i się nią opiekować. Za tydzień wracam do pracy i wszystko trzeba będzie jakoś pogodzić.
Oczywiście muszę dać radę i dam. To dlatego za bardzo nie mam głowy do pisania postów.
Mam nadzieję, że z czasem powrócę do systematycznych wpisów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

