Obserwatorzy

czwartek, 9 marca 2017

Dar serca

to czapeczka i kapcie zrobione dla chorych dzieci przez panią Monikę Wilk w odpowiedzi na moją prośbę. Troszkę to trwało, zanim  zabrałam się za napisanie tego postu. Pani Monice bardzo dziękuję za zaangażowanie i serce. Dzisiaj pokazuję zdjęcia, które mi przysłała:

 

Jednocześnie przepraszam, że tak długo trwało zanim je pokazałam. Pani Monika swe zobowiązanie wykonała już bardzo dawno.

U mnie nic nowego - nie da się przyspieszyć wygojenia tak złamanej ręki. Wszystko idzie swym trybem, chociaż wizytę u ortopedy przyspieszyłam o tydzień, niestety nic mi to nie dało. Usłyszałam, że mam nosić gis i czekać na zrośnięcie. Rozwodzić się na ten temat nie będę - idę na kolejną wizytę w przyszłym tygodniu.

Jak widać na blogowanie czasu nie ma i na razie nie będzie. Muszę ogarniać inne sprawy. Jutro przenoszę się do domu mamy (będzie wypisana ze szpitala), by się nią zajmować. Jak to będzie - wyjdzie w praktyce. Słabo to sobie wyobrażam. Nie będę opisywać szczegółów.
Nie będę też za bardzo miała dostępu do internetu, chyba że coś jeszcze załatwię. Nie  wiem jak długo to wszystko potrwa...

sobota, 25 lutego 2017

Nie mam pomysłu

na tytuł...
Dziękuję za życzenia zdrowia. Z ręką chyba lepiej - 13 marca mam się zgłosić do kontroli. Mam nadzieje, że wówczas może już dostanę ortezę, co poprawi mi komfort życia. Ćwiczę palce i dłoń specjalnymi piłeczkami i krążkami. Wyraźnie wzmocniłam chwytność palców. Zażywam odpowiednie suplementy diety mające przyspieszyć zrastanie kości (wapń, witaminę D, tran, "Osteogenon", "Urazym" zawierający bromelainę i papainę - enzymy proteolityczne, piję bulion wzbogacony żelatyną...) Ręka prawie wcale mnie nie boli - nie zażyłam ani jednej tabletki przeciwbólowej. Przyznam, że dwa tygodnie byłam dosyć osłabiona. Teraz już wróciłam do normalnej aktywności (na ile to możliwe), niestety normalne treningi są na razie wykluczone, ale chodzę na bieżnię i orbitrek i staram się ćwiczyć przynajmniej godzinę. Zaczęłam też wychodzić z psami - prowadzę obydwa na jednej smyczy z rozwidleniem, którą trzymam w lewej ręce. Jakoś leci - tyle, że jeszcze nie bardzo mogę coś tą ręką kroić nożem. Myślę, że będzie dobrze. Musi być.
Dziękuję malguni i Monice Wilk za deklarację wykonania czapek - proszę się oczywiście kontaktować się z Panią Edytą za pomocą podanego maila w poprzednim poście.  To wspaniale, że są jeszcze na świecie ludzie bezinteresowni, chcący poświęcić swój czas i pracę dla innych.
Dla mojej rodziny początek roku nie jest szczęśliwy, nieszczęścia chodzą parami. Zmagam się też z ciężką chorobą mamy. Rytm dnia od ponad 1,5 miesiąca wyznacza codzienna wizyta w szpitalu. Jest trudno i lepiej niestety nie będzie - walczymy o każdy dzień. Nie wiem co przyniesie ranek następnego dnia... Pewnie w najbliższym czasie mama zostanie wypisana, więc będę musiała u niej zamieszkać i się nią opiekować. Za tydzień  wracam do pracy i wszystko trzeba będzie jakoś pogodzić.
Oczywiście muszę dać radę i dam. To dlatego za bardzo nie mam głowy do pisania postów.
Mam nadzieję, że z czasem powrócę do systematycznych wpisów.

wtorek, 14 lutego 2017

Prośba o pomoc... i co u mnie słychać

Przede  wszystkim dziękuję za liczne słowa wsparcia i życzenia powrotu do zdrowia. Mam wrażenie, że ręka goi się, jednak dopiero w połowie marca mam się zgłosić do poradni. Na razie jednak próba uruchomienia auta się nie powiodła: za słaba dłoń nie była w stanie przekręcić kluczyka do oporu, nie udało się też przerzucić biegów. Odpaliłam więc samochód na parkingu z pomocą lewej ręki, pogrzałam chwilkę i wyszłam z auta zdegustowana - może uda się za tydzień. Poza tym stałam się specjalistką wykonywania wszystkiego lewą ręką (niestety jest słabsza siłowo i nie mam właściwego nacisku np. kiedy chcę umyć garnek). Tak na marginesie - miałam na nogach kozaczki skórzane na zupełnie płaskim spodzie (oficerki) - nie żadne tam obcasy...
Tegoroczny pech mnie nie opuszcza - nie  dość, że mam poważne zmartwienie rodzinne, to jeszcze moja Ifunia strzeliła mnie łbem w twarz i złamała okulary. Okulary ze szkłami progresywnymi - niestety ich utrata oznacza kalectwo. Najpierw rozpaczliwie szukałam (niedziela była) starych szkieł do dali - znalazłam wszystkie stare okulary, tylko nie te, których poszukiwałam. W końcu w poniedziałek znalazły się te starocie, ale tak zniszczone i porysowane, że komfort patrzenia żaden. Na szczęście tydzień temu zrobiłam sobie dodatkowe okulary do czytania, więc zanim przyjdą oprawki do optyka, będę męczyła się do czwartku, bo na ten dzień mam obiecane zwykłe okulary do dali. Tak mi dobrze było w progresach, że zapomniałam o tym, że kiedyś mogą ulec uszkodzeniu...Zresztą chwalę takie okulary - same korzyści: wreszcie bez problemu czytam w sklepie na towarach skład produktów i ich zawartość, nie znoszę do domu niepotrzebnych rzeczy kupionych przez pomyłkę wynikającą z niedoczytania etykiety, dobrze mi się w nich kieruje autem, nie muszę zmieniać okularów, kiedy coś piszę i np. wybieram PIN, kiedy płace kartą... Ponadto mam nieoczekiwaną dziurę budżetową, ale bez okularów nie da się funkcjonować
 
A teraz o co chodzi z tą pomocą. Napisała do mnie Pani Edyta z prośbą o czapki dla dwóch dziewczynek (2,5 roku i 6 lat). Dziewczynki chorują na nowotwór i są leczone w Krakowskim Instytucie Pediatrii - pani Edyta prosi o czapki dla nich jeszcze zimowe, a może już wiosenne. Jak wiadomo - nie jestem w stanie dziergać na drutach. Się nie da ze zdrutowaną prawą ręką. Nie mogę spełnić prośby Pani Edyty. Może jednak inne Panie - koleżanki dziewiarki pomogą i wydziergają czapki dla dziewczynek? Przecież  wprawna dziewiarka wykona czapkę dziecięcą w jeden wieczór. Podaję kontakt mailowy do Pani Edyty: edycza@wp.pl.
Proszę z nią bezpośrednio ustalać szczegóły. Mam nadzieję, że uda się pomóc.

Jeszcze raz dziękuję za liczne komentarze i życzenia zdrowia.

sobota, 4 lutego 2017

Zachciało mi się elegancji...

Stwierdziłam, że skoro już na chodnikach prawie nie ma lodu, że zostały przetarte i widać nawet kostkę chodnikową, to włożę sobie do spódniczki kozaczki. Nawet bezproblemowo opanowałam oblodzony parking samochodowy, schody do pracy, powrót do domu. Potem jednak nie zmieniłam butów, kiedy wybrałam się do mamy do szpitala. Kiedy wyszłam od mamy, planowałam wyjście na trening, chociaż wcześniej się nad tym zastanawiałam, bo jestem przeziębiona. No i jedno "fait" - trafiłam na skrawek lodu, nawet nie wiem, kiedy upadłam... Zobaczyłam, tylko, że moja  prawa ręka powyżej nadgarstka jest nienaturalnie wygięta. Daleko do szpitala nie miałam, zawinęłam z powrotem i na SOR... Tam tłumy z urazami. Po prześwietleniu, pan doktor o wdzięcznym nazwisku Pietruszka zatrzymał mnie na oddziale urazowym - operacja. Rąsia nawet nie nadawała się do normalnego składania. Późnym wieczorem odbyła się ponad godzinna operacja. Muszę przyznać, że sen operacyjny był najszczęśliwszym snem dla mnie w ciągu ostatnich tygodni - było to  wyjątkowo przyjemne uczucie szczęśliwości i zadowolenia. Rzeczywistość już nie okazała się taka radosna. U rodzicielki z ręką na temblaku pojawiłam się dopiero następnego dnia rano - oczywiście był to tylko powód do zrobienia mi wyrzutów (no bo jak ja mogę coś sobie zrobić, skoro mam być dyspozycyjna). Ze szpitala wypisali mnie przed południem (żeby nie zarazić innych pacjentów przeziębieniem). Pierwsza doba po operacji była trochę dokuczliwa - utrzymywała się wysoka temperatura i cały czas chciało mi się spać. Teraz uczę się samoobsługi jedną ręką. Już nawet pisanie na komputerze i praca myszką  idą mi sprawniej, acz trochę wolno.  Zdrutowana ręka na razie 30 dni w gipsie i tyleż zwolnienia lekarskiego.
Oczywiście nie dam się - ja zawsze muszę być dzielna i dawać sobie radę sama ze wszystkim. Szkoda tylko, że robótki wykluczone. W zasadzie robię wszystko, tylko sznurówek nie zawiążę i suwaka w kurtce nie zasunę, ale może z czasem i to opanuję. Człowiek może wszystko, jeżeli zechce - mimo ograniczeń. I ten tekst udało mi się chyba napisać bez dużej liczby literówek.

środa, 25 stycznia 2017

Czapka i komin dla dziewczynki

W nocy, przed wyjazdem Wandzi (tata przyjechał po nią bardzo wcześnie rano), kończyłam komin  do kompletu  - czapkę zrobiłam dzień wcześniej. Komplet cieplutki - mam nadzieję, że przyda się jeszcze tej zimy na mrozy.



Wandula dostała swój pierwszy komin (będzie wkładany na kurtkę zamiast zewnętrznego szalika). Dziewczynka jest blondyneczką o niebieskich oczkach - dlatego wybrałam kolor niebieski.


Nawet nie wiem ile dokładnie wyszło włóczki. Niebieski to 100 g "Kotka" (nitka podwójna), biały to "Soft Baby Steps".


Zdjęcia robione około pierwszej w nocy, zaraz po zamknięciu oczek w kominie, dlatego takie kiepskie. Wiedziałam, że rano już nie zdążę zrobić fotek. Nawet nie mierzyłam czapki na głowie dziecka, gdyż polar wszywałam, gdy poszło
spać. Czapa gruba i solidna - tak ocieplona - ma służyć w tęgie mrozy.


Kolor niebieski w rzeczywistości jest nieco ładniejszy - trudno w świetle elektrycznym, w nocy zrobić sensowne zdjęcia.


Całość wykonana ryżem na okrągło; ściągacze nabrane sposobem włoskim; białego ściągacza już nie zakańczałam sposobem włoskim, bo idzie mi to wolno, a już było bardzo późno.
Dziewczynce ponoć ładnie w tych niebieskościach; niestety czapka troszkę za głęboka (zrobiłam głębszą, bo chciałam, żeby nieco zwisała z tyłu).

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails