Obserwatorzy

sobota, 14 stycznia 2017

Śnieg

Padało poprzedniej nocy i dziś prawie cały dzień. Kiedy rano wstaliśmy - od razu skorygowałam plany (mieliśmy jechać do ogrodu). Stwierdziłam, że w taką śnieżycę nigdzie się nie ruszam samochodem. Zresztą parkingi tak zasypało, że trudno było wyjechać, a służby osiedlowe zupełnie nie kwapiły się z odśnieżaniem. Kiedy późnym popołudniem zięć zajechał (przywiózł do nas Wandzię na tydzień), nawet nie mógł wjechać na jedyne wolne miejsce na parkingu. Faktycznie mrozy nieco spasowały (w dzień było nawet +1 na termometrze zaokiennym), za to spadło mnóstwo śniegu...




Oczywiście drzewa w śniegowych czapach pięknie wyglądały, jednak trudno było poruszać się po alejkach i chodnikach. Nawet z psami nie dało się wyjść na porządny spacer, gdyż wszędzie był wysoki nieprzedeptany śnieg.
Zdjęcia zrobiłam, kiedy wyszłam do sklepu. Są to fotki tylko z osiedla i parkingu samochodowego.





Przydała się wyjęta z piwnicy łopata do odśnieżania (rano odśnieżaliśmy balkon), zięć przekładając fotelik dziecięcy do mojego samochodu, odkopał go. Nigdy nie wiadomo czy nie będzie konieczności wyjeżdżania.




Śnieg w końcu przestał padać, więc około 18.00, po ciemku wybraliśmy się z Wandzią na sankach i psami na spacer po osiedlu. Wnuczka pocieszyła się zjeżdżaniem z górki. Hirek radośnie nurkował w śniegu, Tolka prawie w nim się kryła, tylko Ifunia maszerowała dostojnie.

niedziela, 8 stycznia 2017

W okowach mrozu

znalazł się otaczający świat. Najpierw opady śniegu. W miejscowości, w której pracuję - inny świat: wiejący wiatr zamiatał śniegiem, zasypywał szosę. Potem nastąpiła era mrozu (na szczęście było święto i nie musiałam jechać do pracy). Tylko z niepokojem obserwowaliśmy termometr zaokienny, temperatura spadała, by zatrzymać się  w okolicach -23 stopnie. Dzisiaj już tylko -12 - ciepło. Nawet nie dał się na dłużej wyjść z psami. Byłam jedyną osobą na czołgowisku. Psy zmarzły. Łapki podnosiły do góry, Ifka drżała, Tolka opuściła ogonek. Owszem cieszyły się, ale z radością wróciły do mieszkania. W domku przecież lepiej spać pod kocykiem. Dużą też nakrywam, bo mieszkanie również jakieś takie wywiane i zimne. Najlepiej jest w łóżku pod ciepłą kołdrą i w polarowej piżamie (mnie), chociaż nie powiem psice dość zdecydowanie pchają się też do ciepłego wyrka...
Włożyłam na spacer stary, gruby, niemodny już, ale bardzo ciepły, wełniany sweter pochodzący jeszcze sprzed ery polarów... Swą rolę spełnił. Grzał należycie. Nie nosiłam go w ostatnich latach - bo zwyczajnie było w nim za gorąco. Nie ma co się dziwić, że w takie mrozy ludzie wracają do naturalnych futer, wyciągają z przepastnych szaf kożuchy - naturalne włókna grzeją najlepiej. Nawet twarz trzeba osłaniać, bo można ją odmrozić.
Pamiętam takie zimy... Kiedy jeszcze studiowałam i wracałam do domu rodzinnego na święta pociągiem zwanym "strzałą południa" (z Krakowa do Sanoka jechał 8 godzin), tak gdzieś od Jasła zaczynała się prawdziwa zima: śnieżna i mroźna. Podobnie jest w ostatnich dniach.
Zdjęcia ze spaceru z psami (było -16 stopni C). San w okowach lodu, nieprzedeptany śnieg (poza główną trasą), brak innych spacerujących.













piątek, 6 stycznia 2017

Czapka i komin

Zostały zrobione w czasie okołoświątecznym. Nawet nie zdążyłam zrobić pompona do czapki (o pośpiechu w wykonywaniu tego kompletu pisałam w poprzednim poście). Zdjęcia tez wyjątkowo kiepskie (pogoda nie sprzyjała, robiłam je szybko, bez przygotowania), dało się wybrać tylko jedno na córce.

Druty 6 mm; włóczka "Czterdziestka" (podwójna nitka) 60% akryl, 40% wełna,
300 m/100 g; zużycie 450 g



Wzór warkoczowy, przeplatany francuskim - znaleziony gdzieś w necie. W efekcie  wzór + podwójna nitka dały dzianinę dość mięsistą i ciepłą. Myślę, że oczekiwania córki (pragnienie posiadania ciepłego, czarnego kompletu) - zostały spełnione.

Zbliżenie wzoru

sobota, 31 grudnia 2016

Pożegnanie 2016

No cóż, żegnam 2016 r. kolejnym przeziębieniem (trwa to już 5 tygodni) - najpierw katar, potem kaszel, potem przez 2 tygodnie zapalenie tchawicy i kiedy wydawało się, że już, już wychodzę z choróbsk - przemoczyłam stopy na wyprawie z psami. Skończyło się kolejnym potężnym atakiem kataru i złym  samopoczuciem na koniec roku. Węchu brak, smak też jakiś taki ograniczony - chyba naprawdę źle się czułam, bo nawet na ten koniec roku odpuściłam sobie treningi. Zresztą w klubie fitness też się nieustannie przeziębiałam (prawie nie grzeją), kiedy ćwiczyłam - pociłam się, a tu ziąb. Ostatnio to już ubierałam nawet bluzy z długimi rękawami. No ale dosyć narzekania.
Na odjezdne córki robiłam dosłownie do za pięć dwunasta komin (czapkę zrobiłam wcześniej), bo dziecię zapragnęło czarnego kompletu zimowego. Zdjęcia wyszły fatalne (pośpiech) i coś tam wybiorę do następnego postu. Opóźnienie z kominem spowodowała konieczność zrobienia na gwałt otulacza na torbę. Priorytet był taki:  najpierw otulacz na torbę żelową, potem komin. Przyznam szczerze, że otulacz mnie nie satysfakcjonuje. Teraz dopiero wiem, jak bym go zrobiła i zapewne zrobię nowy, a ten, który tymczasem pojechał do Krakowa - będzie spruty. Pruć tego nie było kiedy, bo nowego nie zdążyłabym zrobić przed wyjazdem córki.  Pokazuję więc to co wyszło:



Ponarzekawszy co nieco, idę wypić ziółka i użyczyć kolan mojej bojącej się huku fajerwerków Ifce. Wprawdzie zaaplikowałam jej tabletki, które kupiłam wczoraj u weterynarza, jednak jakoś marnie działają i "dziewczyna" pcha się do mnie na kolana, jak tylko słyszy wystrzały; zwykle unika kolan i ewentualnie łaskawie daje się popieścić leżąc na legowisku.

W tym Nowym Roku 2017
życzę
 Wszystkim - przede wszystkim zdrowia,
następnie spokoju w rodzinie i w kraju;
spełnienia oczekiwań i pragnień,
radości w domu i ogólnie pojętego szczęścia.

niedziela, 25 grudnia 2016

A u nas

dzisiaj taka zima:





W nocy dopadało tak z 5 cm śniegu. To, że Boże Narodzenie nie zwolniło nas z obowiązku wybiegania psów. Z trzema ogonami wczoraj wędrowałyśmy z córką po polach. dziś już sama wybrałam się na czołgowisko. Dzień prawdziwie zimowy, jednak ciemny i bezsłoneczny (wczoraj było słońca, ale zapomniałam zabrać aparat).






Radość zwierzaków - bezcenna; w śnieżnym puchu hasały z radością:



Jednak Ifunia już nie pierwszej młodości i kiedy rzucałam kijkami do wąwozu - owszem pobiegła po nie ze trzy razy, jednak już nie ta forma jak dawniej i po niemal pionowej ścianie wąwozu z trudem się wspinała. Za to Hirek - pokonywał zbocze jak "młody bóg". Ifuni trzeba oddać sprawiedliwość: w śniegu bezbłędnie znajdowała patyki, co nie udawało się Hirkowi. Mała Tola stała na górze i tylko naszczekiwała.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails