Obserwatorzy

wtorek, 25 września 2012

Kiri 6 i 7

W ramach "programu utylizacji resztek" rozpoczęłam produkcję chust. Końcowek włóczki ci u mnie sporo, właśnie takich na chusty - dziesięciodekówki. Przydadzą się, kiedy przyjdzie wymyślić jakiś szybki prezent. Taką funkcję pełniły do tej pory naprodukowane przeze mnie kapcie - idealne na prezent, kiedy nie ma się nic innego pod ręką. Czas na kapcie jeszcze przyjdzie, wypadałoby zaprezentować nowe wzory, ale to raczej nastapi podczas długich zimowych wieczorów.

Pisałam już kiedyś, że wzór Kiri jest szybki i łatwy (taki kolejkowy), toteż dłubię  nim chusty właśnie podczas przymusowych przestojów tu i ówdzie.
Dziś dwie chusty Kiri zrobione z włóczek różnej grubości i innym kolorze (chociaż na zdjęciach wyszedł zbliżony).
Kiri 6:


Druty 3,5 mm KP; włóczka 50% wełna, 50% akryl, zużycie 75 g
 
Chusta ma ładniejszy i ciemniejszy kolor; w rzeczywistości określiłabym go jako "laguna". Ma także wrobione koraliki w tym samym odcieniu, których tu na zdjęciu tak wyraźnie nie widać.
 
Kiri 7
Z kolei ta chusta jest w kolorze miętowym:
 
 Druty 4,5 mm Addiki; włóczka 100% akryl; zużycie 100 g
 
 
Jakże inaczej wygląda ten sam wzór na chustach wykonanych inną włóczką i grubością drutów. Pierwsza chusta jest dość zwiewna i delikatna, ta druga grubsza i cieplejsza.

niedziela, 23 września 2012

Słońce kładzie się długim cieniem

Po obiedzie zabraliśmy zwierzęta do Zagórza. Poszłam z Ifką w pola, a mąż z małym pieskiem do lasu. Cudownie słoneczny dzień dawał poczucie szczęścia i spokoju:





chociaż od lasu wyraźnie ciągnęło chłodem. Dla mnie taka pogoda mogłaby trwać do wiosny. Dziś odtajałam nieco po wczorajszym przewianiu. Na połoninach zaczyna się jesień, krzewinki borówek przebarwione na czerwono, a niektóre krzewy świecą "golizną", wiatr skutecznie pozbawił je listowia. Na nizinach jesień jest mniej odczuwalna: na łąkach wyschłe trawy, a na tych koszonych jeszcze soczysta zieleń. Ot takie przechodzenie w jesień.
Ifunia jak szalona kopie dołki (jakoś w poprzednich latach tak nie "pracowała").Szuka nornic?, kretów? Proszę bardzo:
 
 

 
Małe psiątko powoli się adaptuje.Prawie przez cały tydzień było osowiałe, tęskniło za dawnymi właścicielami. Mało jadło, mało sikało. Kiedyś trzymało od 14.00 do rana następnego dnia - już się denerwowałam, że może chore.
 
 
Zostało: odpchlone, odrobaczone, zaszczepione. Idziemy w połowie października na następne szczepienia. Umawiamy termin sterylki. Wiek został oszacowany na 6 miesiecy. Teraz się socjalizuje. Uczymy jeść z miski, przyczepiamy do obróżki jakiś pasek (wstęp do smyczy), potem kupię szelki. Dajemy wyłącznie psie jedzenie - co się małej nie do końca podoba, bo nauczona była dostawać kęski od ludzi, kiedy jedli (umie żebrać o jedzenie i domaga się słodyczy). Jednak po tygodniu nowej diety przestało jej już nawet śmierdzieć z pyszczka.
 
 
Przed nami nauka czystości. Zauważyłam, że nauczone było sikać na szmaty. Kupiłam specjalną matę i dwa razy się tam załatwiło. Dzisiaj jednak zrobiło pokaźną kałużę w kuchni na kafelkach i na macie już nie chce. Pod blokiem też nie chce sikać. Ale ładnie załatwia się na trawce w Zagórzu. No czeka mnie jeszcze ogrom pracy. Prawie już reaguje na imię: Tola jej daliśmy, bo na nic nie mogliśmy się zdecydować. Jak mnie pasowało jakieś imię, to się mężowi nie podobało. Tolę zaakceptował - to niech ma. Stosunki małej z Ifunią wyraźnie od wczoraj uległy poprawie, już małej nie atakuje, ale też nie zwraca na nią zbytniej uwagi. Małe opracowało technikę przetrwania. Kiedy wracam z pracy czeka, aż Ifa mnie przywita, potem dopiero podbiega. Przed Ifą chowa się, podobnie jak królik - pod fotel.  Jeść dajemy jeszcze w osobnych pomieszczeniach: po pierwsze jedzą co innego, po drugie nie chcemy, by Ifka broniła przed małym swej miski. Dziś suche jedzenie dużej stało w misce, małe się poczestowało, jak dla niej gigantyczną chrupką, której nie zjadło. Ifa podeszła, mlasnęła, pożarła - postępem jest to, że małej nie zaatakowała.

A od dzisiejszego ranka jest tak:



Obie leżą z moim mężem na wersalce - wcześniej nie było to możliwe.

Wczoraj na Połoninie Wetlińskiej

Wybraliśmy się z bratem na Połninę Wetlińską. Szlak znany powszechnie, nietrudny. Wyjechaliśmy z Sanoka przed siódmą. obawiałam się, że po wcześniejszej niepogodzie (deszcz) może nam nie dopisać pogoda. Ostatecznie pomimo tego, że słońce w górach pokazało się przed południem, mgły nie było i mogliśmy podziwiać widoki. Tyle, że wiało niemożliwie, na połoninie chwilami podmuchy były tak mocne, że niemal przewracały człowieka. Ludzi sporo, w różnym wieku. Warunki (poza tym wiatrem) zupełnie znośne, chociażnie nie od rzeczy była czapka na głowę i rękawiczki.








Podeszliśmy z Wetliny do Przełęczy Orłowicza, by odbić na chwilę na Smerek.





Doszliśmy do "Chatki Puchatka" (1228 m n.p.m.) i zeszliśmy czarnym szlakiem do campingu "Górna Wetlinka".




Stamtąd niestety asfaltem maszerowaliśmy do Wetliny (gdzie mieliśmy zostawiony samochód).
Proszę - jeszcze widoki:








 I tak oto przywitaliśmy jesień.

środa, 19 września 2012

Bluzka - jeszcze letnia

Panie pokazują już zdecydowanie jesienne dzianiny, a ja jeszcze na chwilę zatrzymam lato. Tę bluzkę zrobiłam jeszcze w sierpniu, jednak nie miałam do niej przekonania. Zresztą bawełna jakaś pechowa była, chociaż ma ładny, perłowy odcień nadany dzięki wiskozowej nitce, nic mi z niej nie wychodziło. Zaczynałam chyba z pięć wersji różnych bluzek (przez ostatnie trzy sezony letnie) i zatrzymywałam się na etapie pleców. Nic mi się nie podobało. Ta bluzka została sfinalizowana, jednak przekonania do niej nie mam i dlatego tak długo jej nie pokazywałam.

 Druty 3,5 mm; włóczka"Tropica": 77% bawełna, 33% wiskoza; 120m/50 g; zużycie 300 g

Bluzka jest robina od góry, projekt oparty na "Pati", tylko większy rozmiar i inny wzór.

 Detale
 
Zbliżenie wzoru szlaczków

wtorek, 18 września 2012

Piesek

o taki:

 Zdjęcie z wczoraj - wieczór po przywiezieniu do domu

Dzisiaj w ogrodzie
 
trafił wczoraj do nas. No wzięłam bidę. Zawsze mówiłam, że jak pójdę na emeryturę (jeszcze nie idę), to wezmę drugiego pieska. Od kilku dni przejmowałam się losem Kropka - opisanym na blogu Fredki Moja bajka. Nawet głośno zaczęłam mówić o drugim psie i zastanawiałam się jak tu urobić męża. A tu los sprowadził do nas toto. Podobne do Kropka - prawda?
Pojechaliśmy wczoraj do ogrodu po obiedzie. Uharowana stwierdziłam, że zostaję pod chałupą i robię na drutach. Michał (mąż) poszedł do lasu na poszukiwanie kurek. Ifa niezbyt zadowolona, przybiegała do mnie kilka razy, a za plecami coś piskliwie na mnie szczekało. Myślę sobie: "sąsiedzi wzięli trzeciego psa"? W tle pobrzmiewała z Zakucia zniekształcona muzyka - miał być koncert Kukiza z okazji 600-lecia Zagórza... Właściwie to denerwowało mnie to szczekanie i rozmyte dźwieki różnych melodii, chciałam już wracać do domu.
Słońce schowało się już dawno za lasem, zrobiło się zimno. Mąż przyniósł kurki. Jedziemy. Wyszłam, aby zapakować do auta rzeczy i psa. Nastąpiła szybka akcja Ify w kierunku czegoś piszczącego rozpaczliwie. Biegnę po dróżce. Leży ta bida przerażona. Wzięłam na ręce. Okazało się, że została podrzucona sąsiadom, którzy oświadczyli, że się pozbędą, bo trzy psy to dla nich za dużo. "No, myślę - szkoda maleństwa". Zawołałam męża, który oświadczył twardo, że nie. Wlepiłam mu psinę na ręce, bo przecież muszę zapiąć Ifkę w samochodzie. Męskie serce skruszało, bo malizna przywarła do męża. "Ooo - takiego małego pieska, to nie widziałem"... "No dobra, weźmiemy, podchowamy, będzie dla teściowej, jak Usia zakończy żywot" (Usia to piesek mojej mamy - leciwy bardzo).
Małe zostało przywiezione do domu, Ifunia bez przerwy była agresywna. Noc spędziło z mężem w drugim pokoju. Rano, przed pracą, zawiozłam "ich troje" do ogrodu. Okazało się że pobyt rekreacyjny wpłynął na częściową akceptację pieska przez Ifę. Jednak Ifunia jest jak słonica, kiedy wącha - to całym nosem, który bodzie, jak łapką próbuje zaczepić, to jest to łapa prawie boksera. Jej przypadkowe stąpniecie na ludzką stopę jest mocno odczuwalne. Musimy pilnować maleństwa, by psica nie zrobiła mu krzywdy. Jest tak zestresowane, że  rano siku na polu nie zrobiło. Po półgodzinnym kolędowaniu wróciłam i piesek elegancko, po powrocie, "ochrzcił" szmatę w kuchni. Je tyle co wróbelek, nie umie jeść z miski, chyba była karmiona z  ręki, na zasadzie: co tam mam, to dam. No i zdecydowanie woli ludzkie jedzenie, niż psie. Na smyczy też nie umie chodzić i po jej zapięciu włącza bieg wsteczny.


Takie jest małe
 
Zostało wykąpane, jest zapchlone, jutro weterynarz: szczepienia, odrobaczanie, odpchlanie itd. Ifa nigdy pcheł nie ma, bo bardzo tego pilnuję. No i trzeba życia uczyć. Na moje oko - to ta suczka ma pewnie z pół roku, albo więcej. Nie jest już szczeniaczkiem. Ma stałe zęby. Ale wygląda na to, że nie była niczego nauczona. Rano podbiegała do każdego przechodnia, wąchała i szukała swojego dawnego człowieka. Jest taka maleńka - wielkości mniej więcej głowy Ify. Wybieramy imię, bo jakoś na nią trzeba wołać.
No i mam, jakbym miała mało problemów i obowiazków... A jak moja mama się darła- szkodać gadać...

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails