Obserwatorzy

wtorek, 5 lipca 2011

Wakacje

jakoś niefortunnie zaczęły się od  deszczy i nic nie wskazuje, żeby  miała nastąpić poprawa. Leje o tak:


Niemal ściana deszczu.  Przestaje na 15 - 30 min. i znowu. Pojechaliśmy w takim deszczu do ogrodu, bo musieliśmy w końcu odebrać z naprawy  kosę elektryczną.  Cała historia  z naprawą ciągnie się już z 5 tygodni... a trawa rośnie. Jakieś dwa tyg temu odebraliśmy ją z naprawy  po raz pierwszy. Po przywiezieniu do ogrodu zapaliła tylko raz, a potem już nie. Znów zawieźliśmy do punktu i   czekaliśmy   tydzień na stwierdzenie, jaki to typ usterki. Potem decyzja o wymianie części  (190 zł). I w końcu odebrałam telefon, że sprzęt jest gotowy do odbioru.

Krople deszczu w peruczkach perukowca

W oczku wodnym też nieciekawie, kiedy nie ma słońca, kwitnie mało kwiatów

Kwiaty oklapły od wody

Mokra moja ulubiona ławeczka pod wiciokrzewem, na której siadam w przerwach - lubię tu popijać kawę i patrzeć  na góry

Z powodu tych deszczy  nic nie można w ogrodzie robić - zbyt mokro. Rośliny  brzydną w oczach, kopyta sarnie poodbijane na gliniastych ścieżkach, wykopane cebulki nie schną. Tylko pies się cieszy, nie przeszkadza mu ulewa i z chęcią udaje się na spacer.


Ifa dzisiaj obwarczała i obszczekała panią weterynarz. Zawiozłam psicę na doroczne szczepienia przeciwko psim chorobom i na wściekliznę. Nie okazała wdzięczności "Tej, która uratowała jej kiedyś życie"  i spod kagańca podnosiła  wargi warcząc w jej kierunku. A kiedy po zabiegach  spadł jakoś przypadkowo z pyska kaganiec, Ifa stanąwszy naprzeciwko pani doktor zaczęła na nią szczekać. Obcięcia pazurów pani weterynarz się nie podjęła. Oceniłyśmy nasze wątłe siły i stwierdziłyśmy, że potrzebne jest męskie wsparcie. Nasza diablica nie da sobie dobrowolnie podciąć pazurów, mało tego ona nie daje mi się nawet wyszczotkować, tak się wije jak piskorz, kiedy uzbrojona w  szczotkę usiłuję dotknąć psiego grzbietu. No niedobra psica i już.

A tak łagodnie wygląda...

A w chałupie bukiet polnych kwiatów  trzyma się wyjątkowo dobrze - pewnie sprzyjają mu chłody

piątek, 1 lipca 2011

Biecz (3)

W Bieczu zobaczyłam  ekspozycję, która mnie urzekła. Było to wnętrze apteki żywcem przeniesione  z XIX wieku. I właśnie  ta nietypowość i rzadkość tego rodzaju ekspozycji bardzo mi się spodobała. Niektóre panie w komentarzach wspominały swe kiedysiejsze wycieczki do Biecza i fakt, że oglądały starą aptekę:


Ta zabytkowa apteka mieści się  w "Domu z basztą":


w którym obecnie znajduje się muzeum. Mieściła się  tu kiedyś pierwsza na Podkarpaciu apteka założona w roku 1557 przez aptekarza Marcina Bariana Rokickiego. Ponoć w tym budynku  apteka istniała do 1700 r. 
Kiedy w latach siedemdziesiątych XX w. przeprowadzono  remont budynku - odtworzono wnętrze starej apteki:




W pomieszczeniu znalazły  miejsce stare meble apteczne oraz  się mnóstwo buteleczek, słoików itp., wagi apteczne, moździerze. Jest nawet stara kasa sklepowa. Na ścianach wiszą wiązki ziół.



Dawniej w aptekach oprócz leków sprzedawano wyroby cukiernicze i dietetyczne, poza tym świece, kosmetyki, mydła, perfumy i środki chemiczne, a także tytoń, wina i napoje na bazie alkoholu. Pełniła więc apteka  funkcję drogerii, prefumerii, cukierni, sklepu chemicznego i trafiki. 
Różnorodność produktów, jakimi dysponowały dawne apteki, wynikała z chęci zapewnienia sobie jak najszerszej grupy klientów. Rozszerzanie asortymentu zapewniało dodatkowe dochody. Powodzeniem cieszyły się produkowane w aptekach słodycze stosowane głównie na pobudzenie trawienia tzw.confectiones et electuaria. Skórki cytrynowe, łodygi arcydzięgla, owoce kolendry i kminku powlekano gęstym syropem cukrowym, po wystudzeniu przysmaki te sprzedawano jako  lek. Farmaceuci przyrządzali również powidełka. Z dworskich rachunków z 1394 roku pochodzi informacja, że Władysław Jagiełło płacił aptekarzowi Andrzejowi za confectiones et electuaria, czyli konfekty i powidełka. W 1583 roku aptekarz krakowski Jan Pipan dostarczył z okazji koronacji „konfekty i ozdobne marcepany z herbami”. Wielką popularnością cieszyły się również sprzedawane w aptekach marcepany. Ich nazwa pochodzi od imienia włoskiego aptekarza Marco. Produkował on bowiem chlebki (łac. panis), na które składały się migdały i cukier ucierane w moździerzu. Marci panis stały się później marcepanami. Zawarty w nich olejek migdałowy miał właściwości wykrztuśne. Tego rodzaju słodyczom nadawano różne kolory i kształty. Aptekarze sporządzali także tzw.  pastę królewską w kształcie kwadratowych tabliczek, której skład opierał się na wodnych wyciągach roślinnych, migdałach, daktylach i innych aromatycznych surowcach roślinnych, a także na cukrze, gumie arabskiej i białku. Można było  kupić w aptece konserwę różaną , którą otrzymywano, rozcierając w moździerzu płatki róży z cukrem, a także tzw. morselki (morsuli), czyli słodycze w kształcie kwadratowych płytek, nazywane obecnie nugatami.



Część aptek specjalizowała się w wyrobie biszkoptu czyli chleba podwójnie pieczonego, a także pierników toruńskich i norymberskich.

W dawnych aptekach sprzedawano: perfumy, wody kolońskie i pomady twarzowe, kremy do różowienia policzków i płyny odświeżające do twarzy, mydła i środki do mycia zębów. W XVI wieku dostępne były także preparaty chemiczne, takie jak: farby, terpentyna, pokost, zamorskie żywice, cynobry, glejty, aurypigmenty i ugry. W aptekach można było dostać również proch strzelniczy, środki służące do jego wyrobu, siarkę, saletrę i węgiel drzewny.




Kolejnym wyrobem sprzedawanym przez aptekarzy były świece i pochodnie woskowe. Do ich produkcji służyły specjalne koła, prasy i krajalnice, deski do rolowania i piece do topienia. Wyrobom woskowym nadawano różne kolory, w zależności od przeznaczenia. W XVII wieku świeca stała się nawet atrybutem zawodu aptekarza. Poza świecami w aptece można było zakupić również wosk do pieczęci.


Recepty i stare  książki medyczne

W XVI wieku dużą popularnością cieszyły się apteczne wódki aromatyczne, czyli wodne destylaty otrzymywane z roślin. Do połowy XVII wieku tego rodzaju napoje przyrządzano na winie. Piwnice polskich aptek pełne były win, głównie węgierskich. Dopiero w 1714 roku August II zakazał aptekarzom handlu tym trunkiem.
Dawni farmaceuci trudnili się również ważeniem piwa i produkcją miodu pitnego. Powiedzonko „pijany w sztok” wywodzi się od lubelskiego farmaceuty Michała Sztoka żyjącego w XVIII wieku. Zyskało on popularność  za sprawą produkcji doskonałego trunku, który sam zażywał w dużych ilościach.


Czopkarka, pigulnica, puszczadło do krwi i prasa do tinktur (nalewek leczniczych)


Poza produkcją alkoholi, syropów, eliksirów i tynktur pomocnych w wielu schorzeniach, farmaceuci parali się także sprzedażą tabaki, tytoniu i importowanych z Holandii i Portugalii cygar.


Literatura
1.Paula Alaborska:„Mydło i powidło” w dawnych aptekach. http://www.nazdrowie.pl/artykul/mydlo-i-powidlo-w-dawnych-aptekach
2."Królewskie Miasto Biecz - Przewodnik". Wyd. Muzeum Ziemi Bieckiej


Dom z basztą kryje jeszcze inne ciekawe wystawy...

czwartek, 30 czerwca 2011

Lato...


Chyba zaczynam wakacje. W końcu więcej popracuję w ogrodzie. Chociaż już od kilku dni wykopuję i wykopuję; głownie cebule  narcyzów, żonkili i ostatnio zimowitów (wiadro cebul, oczywiście zimowitów,  już wykopałam). Zimowity rosną  spokojnie na jednym stanowisku kilka lat. Jednak wykopuję je co jakiś czas, a ten czas  teraz przyszedł, kiedy moja kondycja fizyczna  na tyle się poprawiła, że mogę trochę odrobić się w ogrodzie. Wracając jednak do zimowitów - mają to do siebie, że cebule namnażają się w ciągu tych kilku lat, że trzeba je wykopać porozdzielać i potem posadzić ponownie. Co, jak co,  zimowity  u mnie co roku są piękne i kwitną całymi łanami. Jak tylko cebule się podsuszą i je  porządniej oczyszczę  z resztek ziemi, ogłoszę  na nie rozdawajkę. Mam nadzieję, że chętni na zimowity się znajdą?

wtorek, 28 czerwca 2011

Kapliczki przydrożne. Kapliczka w Niebieszczanach

w cieniu trzech drzew posadzonych  na planie prostokąta (pewnie kiedyś rosło i czwarte...); o klasycznej bryle,  zeszpecona niestety upiększeniem w postaci zaszalowania  frontowej ściany plastikowym sidingiem:


Zdjęcie robiłam tak, by tego brzydactwa plastikowego nie było wyraźnie widać . Dlatego wolałam sfotografować boczne ściany z  uroczymi okienkami umajonymi gałązkami jeszcze  z okazji zielonych świątek:



Wnętrze też nieciekawe ze stylonowymi firnko-obrusami i plastikowymi kwiatami.  Nie wiem dlaczego zapanowała moda na zdobienie kapliczek, które urok mają same w sobie, tymi koszmarnymi  kwiatkami z plastiku? Wolałabym już prosty bukiet  polnych kwiatów umieszczony nawet w słoiku... Kiedyś nie sfotografowałam pięknej architektonicznie kapliczki, która ustrojona była cała girlandami  jarmarcznych sztucznych kwiatków. Teraz troszkę żałuję, bo bryła kapliczki była śliczna...

*   *   *
Dzisiaj powody do radości mam ogromne - córka obroniła mgr na pięć; jeszcze niespełna dwa tygodnie i broni pracę licencjacką z języka angielskiego. Dumna jestem jak paw z mojej  mądrej i pięknej córeczki. Ileż to wysiłku musiała włożyć, by w terminie napisać i oddać obydwie prace!
A teraz  chwila relaksu przy drutach po całym dniu klepania w komputer.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Trawy...

Od kiedy wiosna się rozbuchała, przestałam z Ifą chodzić w pola. Po pierwsze bardzo wysoka trawa utrudnia  wędrówkę, po drugie pojawiły się kleszcze, niemal jak "krokodyle". Kleszcze nam niestraszne, bo mamy dobrą obrożę przeciwkleszczową tzn. Ifa  ma. Bo ja nie mam żadnej i po wyjściu z traw  te kleszcze po prostu z siebie zdejmuję, zanim wsiądę do auta.
Poza tym raczej w nielicznych wolnych chwilach w ostatnich miesiącach wolałam wyjazdy do ogrodu, który swoje prawa ma i wymaga nieustannej harówki. Tam psica ma do dyspozycji spory areał ziemi do pobiegania, czasem też korzysta  z tego, że zabieramy ja na spacer do lasu, gdzie takich traw wysokich nie ma.



Wracając jednak do pól - jeszcze w poprzednich latach główne ścieżki były koszone i łatwe do przejścia, ludzie wprawdzie już od  x lat nie uprawiają tam nic (niektórzy założyli sobie takie rekreacyjne ogródki). Jednak teraz, kiedy starsze pokolenie  wymiera, z roku na rok obserwuję, że potem praktycznie nikt już nic nie robi w tych ogrodach. Zarastają trawą nieliczne  grządki, opadają z drzew niezbierane owoce nikomu niepotrzebne - bo nie opłaca się robić przetworów. Nikt prawie nie kosi trawy, nie mówiąc już o  koszeniu ścieżek. Wszędzie trawy i trawy sięgają prawie  do  głowy...

O takie trawy! że psa prawie nie widać. A to jest ścieżka...

Wędrujemy do potoku, gdzie pije się wodę, brodzi i sika  do tej wody (no Ifa sika, pewnie woda ją tak pobudza):



Dzisiaj  na tej zarośniętej ścieżce dosłownie spod stóp   wyfrunęła mi mama bażancica  ze swymi pisklakami. Małe dzielnie  machały skrzydełkami i wylądowały w  trawach nieco dalej. Rodzina błyskawicznie zniknęła z oczu.
Wracamy, by dość do kolejnego miejsca, gdzie ten potok płynie:


A po drodze jeszcze takie widoki:


A teraz zmykam. Szczęśliwie zakończyłam pewien poważny projekt (do pracy); jeszcze kilka dni  zwiększonego wysiłku umysłowego i potem, mam nadzieję, wreszcie zacznę prawdziwe  wakacje.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails