Okazało się nagle, że nasza Wandzia, która w jesieni skończyła 4 lata, nagle wyrosła ze swoich ciepłych ubrań. Sweterki też jakoś się zużyły. Babcia więc chwyciła za druty i zrobiła szybko sweterek. Jak się okazało, rozmiarowo był na tzw. styk. Tyle, że nowy, niesprany. W ferworze kończenia swetra zapomniałam zrobić zdjęcia. Mam tylko takie, wykonane szybko przez córkę telefonem:
Sweter - prościzna, zwyklak - wykonany od góry, wzorem gładkim z włóczki skarpetkowej. Ponieważ była melanżowa, nic nie kombinowałam ze wzorami, zresztą włóczki była ograniczona ilość. Wyszło coś około 150 g. Do tej cienizny skarpetkowej dodałam niteczkę beżową cieniutkiego akrylu (beż występował w palecie melanżu. Dodałam też beżowe guziki.
Zdradzę tylko, że potem zrobiłam jeszcze kolejne swetry (jeden okazał się za duży i musi czekać, aż dziewczynka dorośnie, drugi też za duży czeka na rękawy). Oj - tak to jest, kiedy dziecka nie ma "pod ręką", a robótkę przymierza się do bluzy, która zupełnie inaczej się układa na dziecku, niż sweter.
Obserwatorzy
środa, 17 stycznia 2018
niedziela, 14 stycznia 2018
Drobiazgi dla niemowląt
Jeszcze późną jesienią wykonałam kilka drobiazgów dla niemowlaków. Powstała spersonalizowana smycz (do smoczka) dla synka bratanka:
Niestety później okazało się, że mały Antoś nie używa smoczka. Mam nadzieję, że smycz przyda się np. jako zawieszka na jakąś zabawkę.
Wnuczka Mela otrzymała jeszcze szydełkowego zajączka:
Włóczka to jakaś mieszanka wełny merino z akrylem - wyszło około 50 g.
Baktusik:
W szpitalu, kiedy czekałam na operację ręki "ukręciłam" dla małej Meli dwa golfiki:
Niestety później okazało się, że mały Antoś nie używa smoczka. Mam nadzieję, że smycz przyda się np. jako zawieszka na jakąś zabawkę.
Wnuczka Mela otrzymała jeszcze szydełkowego zajączka:
Przydałby się dzwoneczek włożony do środka, ale wówczas jeszcze nie kupiłam takiego przydasia.
Zrobiłam też dla Melanii nową zimową, ocieplaną polarem czapkę:
Baktusik:
W szpitalu, kiedy czekałam na operację ręki "ukręciłam" dla małej Meli dwa golfiki:
Golfiki znakomicie sprawdzają się dla niemowląt. Włożone pod kombinezon, albo kurteczkę świetnie otulają szyję.
sobota, 6 stycznia 2018
W kierunku Orlego Kamienia
wybrałam się dzisiaj z psami. Pogoda prawie wiosenna około + 10 st. C. Jednak dzień był dość ponury - słońce wyszło dopiero wówczas, kiedy wracałam. Mąż odmówił i nie wybrał się ze mną, więc za całe towarzystwo miałam Ifkę, Hirka i Tolę. Zrobiłam w 2 godz. 25 min. 10.75 km czyli tempo było dość szybkie. Należy wziąć pod uwagę, że mam za sobą podejścia pod górę na wysokość 544 m n.p.m.; w górę 357 m. Szłam bez kijów, bo nie dało się, zanim dotarłam na "wybieg", trzymać na smyczy psów (trzy) i jeszcze nieść kije .
Do Orlego Kamienia nie doszłam, niestety. W miejscu, w który zbiegał się żółty szlak (którym wędrowałam) z czerwonym - zawróciłam. Zrobiło mi się w pewnym momencie nieswojo. Nikogusieńko na trasie, zupełnie pusto i cicho. Na szlaku co jakiś czas leżąpowalone drzewa, które trzeba omijać. Zaczęłam się obawiać dzików. Chodzą licznie po tym terenie i ryją nawet nad stawami. Zwykle się tym nie przejmuję, ale pora roku nie sprzyja samotnym wyprawom. Psy by nie obroniły - strachliwa Ifa zawsze chowa się za mnie. Tola malutka, a Hirka trzeba pilnować.
Trasa: od domu - most olchowski - brzeg Sanu - wyjście przy Policji - kawałeczek obok stawu - "czołgowisko" - podejście w górę do żółtego szlaku - żółty szlak w kierunku Orlego Kamienia - miejsce zbiegnięcia się szlaku żółtego, czerwonego i szwejkowskiego - powrót. Z powrotem ominęłam łąki "czołgowiska" i zeszłam kawałek budowaną obecnie drogą, by potem wejść na trasę przy stawie.
Do Orlego Kamienia nie doszłam, niestety. W miejscu, w który zbiegał się żółty szlak (którym wędrowałam) z czerwonym - zawróciłam. Zrobiło mi się w pewnym momencie nieswojo. Nikogusieńko na trasie, zupełnie pusto i cicho. Na szlaku co jakiś czas leżąpowalone drzewa, które trzeba omijać. Zaczęłam się obawiać dzików. Chodzą licznie po tym terenie i ryją nawet nad stawami. Zwykle się tym nie przejmuję, ale pora roku nie sprzyja samotnym wyprawom. Psy by nie obroniły - strachliwa Ifa zawsze chowa się za mnie. Tola malutka, a Hirka trzeba pilnować.
Trasa: od domu - most olchowski - brzeg Sanu - wyjście przy Policji - kawałeczek obok stawu - "czołgowisko" - podejście w górę do żółtego szlaku - żółty szlak w kierunku Orlego Kamienia - miejsce zbiegnięcia się szlaku żółtego, czerwonego i szwejkowskiego - powrót. Z powrotem ominęłam łąki "czołgowiska" i zeszłam kawałek budowaną obecnie drogą, by potem wejść na trasę przy stawie.
Wzdłuż Sanu i na "czołgowisku" spuściłam Hirka ze smyczy
W lesie już wędrował "na sznurku". Obawiałam się,
że żądny przygód młodzieniec może mi uciec.
Tu powalone na ścieżkę drzewo
Moje psice nigdy się nie oddalają. Ifa może iść luzem i chociaż jest psem myśliwskim, sama zbyt daleko nie odbiegnie. Nieustannie ma wzrokowy kontakt z osobą, z którą wędruje. Nawet nie muszę jej przywoływać. To mała Tola częściej przepada w ostępach leśnych i niekiedy trzeba ją wołać. Sama nie wiem jak taka malizna orientuje się w topografii terenu.
Próba uchwycenia widoku na miasto (zbliżenie obrazu w aparacie).
Zdjęcie nie oddaje prawdziwych widoków. Dzisiaj miasto w oddali niezwykle się srebrzyło
Dotarłam do tego miejsca
A takim słońcem żegnało popołudnie:
Staw
San
piątek, 5 stycznia 2018
Serdecznie dziękuję
za życzenia pomyślności i zdrowia na ten rok. Dziękuję też za pamięć. Zniknęłam z blogosfery na dobrych kilka miesięcy. Nie było aury do pisania, jednak podgladałam życie blogowe Czytelniczek i dziewiarek.
Jak wcześniej pisałam niewiele dziergałam z powodu niemocy dłoni. Powstały jednak jakieś tam drobiazgi. Po narodzinach wnuczki zrobiłam, wydaje mi się, sprawdzone zabawki. Jedną ośmiorniczkę już pokazywałam. Potem wykonałam następną (nieco większą, z grubszych nici) oraz chusteczkową maskotkę zajączka.
Ta ośmiorniczka powstała jeszcze w jesieni , w sezonie kwitnienia zimowitów:
Kolejna nieco później:
I w końcu zajączek:
Na tym eksperymenty zabawkowe zakończyłam. Chociaż wykonywanie takich drobiazgów jest bardzo przyjemne, a efekt końcowy - szybki.
Melusia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia została ochrzczona.
Wystąpiła w tym samym komplecie, który zrobiłam dla Wandy. Mama dziewczynek pieczołowicie go przechowała. Wandzia, która już skończyła cztery lata oglądała ubranko z wielkim zainteresowaniem. Dorobiłam tylko czapeczkę (pierwotnie czapki nie było). Zdjęć jednak nie ma.
Jak wcześniej pisałam niewiele dziergałam z powodu niemocy dłoni. Powstały jednak jakieś tam drobiazgi. Po narodzinach wnuczki zrobiłam, wydaje mi się, sprawdzone zabawki. Jedną ośmiorniczkę już pokazywałam. Potem wykonałam następną (nieco większą, z grubszych nici) oraz chusteczkową maskotkę zajączka.
Ta ośmiorniczka powstała jeszcze w jesieni , w sezonie kwitnienia zimowitów:
Kolejna nieco później:
I w końcu zajączek:
Na tym eksperymenty zabawkowe zakończyłam. Chociaż wykonywanie takich drobiazgów jest bardzo przyjemne, a efekt końcowy - szybki.
Melusia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia została ochrzczona.
Wystąpiła w tym samym komplecie, który zrobiłam dla Wandy. Mama dziewczynek pieczołowicie go przechowała. Wandzia, która już skończyła cztery lata oglądała ubranko z wielkim zainteresowaniem. Dorobiłam tylko czapeczkę (pierwotnie czapki nie było). Zdjęć jednak nie ma.
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Powrót
Żegnam 2017 r. bez
żalu, raczej z ulgą, że w końcu odszedł. Naznaczony licznymi chorobami i
niesprzyjającymi zdarzeniami w rodzinie, nie kojarzy się zbyt dobrze. Pamiętam,
że na przełomie 2016 i 2017 roku życzyliśmy
sobie, żeby nie był gorszy od poprzedniego. Był. Mam nadzieję, że w tym 2018 r.
zła passa opuści naszą rodzinę.
Jedynym jasnym
promykiem były narodziny naszej drugiej wnuczki Melanii.
Mam za sobą dużo
trudnych dni. Niewiele też działałam robótkowo. Kontuzja ręki przeciągnęła się
niemal do końca roku. Samo złamanie wygoiło się dość szybko. Jednak uszkodzeniu
uległy nerwy. I tak w czerwcu miałam operację wyciągania drutów zespalających
kości. Już myślałam, że się poprawi i
zacznę odzyskiwać sprawność dłoni. Niestety dobrze było może z tydzień, a potem
cierpniecie i drętwienie bardzo dawało się we znaki. Wizyty u neurologa,
ortopedy, czekanie na badanie przewodnictwa nerwów w dłoni, doprowadziły do potwierdzenia diagnozy
(mojej), że cierpię teraz na cieśń nadgarstka.
Jak się okazało stan nerwów był taki, że należało operować jak najszybciej
po raz kolejny (nie było pewności powodzenia). I znów dochodziłam do siebie (tzn.
ręka dochodziła) dwa miesiące. Tym razem dłoń bardzo oszczędzałam, bałam się
kolejnych powikłań. Zresztą w poprzednich miesiącach z powodzeniem przestawiłam
się na lewą rękę: wykonywałam nią prawie wszystkich czynności,: dźwiganie zakupów, nawet jedzenie sztućcami, odkurzanie, sprzątanie itp.).Obecnie jest jako tako: cieśń ustąpiła, ale okazało się, że
mam tzw. trzaskający (strzelający) palec
- raczej palce: serdeczny i piąty. Mogły zostać zoperowane przy cieśni, ale
wtedy sobie nie uświadamiałam, że coś się dzieje. Po prostu nie wiem czy już
były objawy, czy zauważyłam je po operacji. Na razie jakoś funkcjonuję, może
w przyszłości zdecyduję się na kolejny zabieg. Ponadto z lewą dłonią dzieje się
podobnie - mam już objawy cieśni. Generalnie dłonie są dość słabe jeszcze np. nie odkręcę sobie samodzielnie zakrętki z butelki z wodą, nie zacisnę mocno w pięść.
Powyższe perypetie
zdecydowanie wykluczyły działania dziewiarskie. Kocyk dla Meli robiłam na
drutach prawie osiem miesięcy. Po prostu się nie dało. Dłoń cierpła, bolała
i czasem udało się przerobić 2-4 rzędy.
Skończyłam, kiedy dziecko było już na świecie, a zaczynałam mając jeszcze
rękę w gipsie.
Stopniowo zaprezentuję
moje nieliczne robótki wykonane w tym
czasie. Na razie kocyk i ośmiorniczka dla malutkiej.
Włóczka "Grażka"; 100% akryl, 120m/50 g; druty 3,5 mm; zużycie 350 g
Kocyk został spersonalizowany: otrzymał naszywkę z imieniem Meli:
Czas wracać zarówno do
równowagi psychicznej, codziennego życia i blogowania. Jest to trudne po takim
czasie, jednak mam nadzieję na stabilizację życiową i spokój.
PS. Nigdy jednak nie
można ufać, że będzie OK.
Dzisiaj uciekł nam Hirek. Wpis przygotowałam przed
południem, ale nie zdążyłam opublikować. Potem pojechaliśmy na działkę, jakoś nie chciało mi się iść z psami (codziennie chodzę po kilka kilometrów).
Zamierzałam pospacerować (nie chodzić daleko) po ogrodzie i lesie. A Hiruś,
który został u nas na ferie zimowe, zdążył w ogrodzie siknąć kilka razy, zwalić
kupsko na kretowisko i zanim się obejrzałam, pobiegł za Tolą w las. Prawie
natychmiast zaczęłam go wołać. Tolka wróciła po 10 minutach. A tego łapserdaka
nie było - darliśmy się z mężem na zmianę: "Hirek". Obeszłam kawał
lasu. Zapadał zmrok. Postanowiliśmy, że ja wrócę do domu, a mąż zostanie do
20.00, będzie czekał i nawoływał. Kiedy już byłam w domu - mąż zadzwonił, że
nicpoń wrócił. Nie było go prawie dwie
godziny. Kiedyś w lecie nam tak uciekł, ale wrócił po niecałej godzince. A tu
już szybko zapał zmrok, zaczął padać deszcz. Wsiadłam w auto i pojechałam po
nich. Brudny był po same uszy, zmęczony. Już zastanawiałam się jak go jutro szukać,
że może zawiozę męża o siódmej rano, żeby szukał. Zastanawiałam się nad
ogłoszeniami...
I co robić z łobuzem: niewybiegany dokucza w domu, zaczepia Ifę,
rozrabia. Kiedy biorę na wybieg: czasem ucieka.
A teraz dokucza mi zdarte
gardło. Diabli wzięli plany spędzenia spokojnego popołudnia.
W nowym roku 2018 życzę
Wszystkim moim Czytelnikom
braku
problemów, dużo zdrowia
oraz zadowolenia z życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




