Obserwatorzy

wtorek, 6 listopada 2012

Sweterek "Soay"

podobał mi się od zeszłego roku. Panie już dawno wykonały sweterki tym wzorem. Ja zaczęłam jeszcze na przedwiośniu (miał być na lato).


No  i robótka przeleżała kilka miesięcy niedokończona - należało tylko wykonać główki rękawów. Udało mi się to dopiero przed świętem listopadowym.

Druty 3 i 3,5 mm; włóczka "Bawełna Anilux", 100% bawełny, 280 m/100 g;
zużycie 450 g
 
Cardigan zrobiony został bezszwowo - tylko rękawy są zszywane i wszywane, a to dlatego, że tak jakoś bez zastanowienia narzuciłam włóczkę na druty i zrobiłam ściągacze. Wtedy dopiero przyszła refleksja - było robić od góry... Szkoda pruć, toteż "pojechałam" dalej.


Wzór kwiatka odrysowałam sobie ze swetra - o tu na Ravelry można zobaczyć różne wersje. Jednak ostatecznie i tak w trakcie wyrabiania góry kwiatka - kombinowałam po swojemu. Ku mej rozpaczy u Osinek znalazłam potem wzór pięknie rozrysowany (co mi z tego, skoro swoje już zrobiłam...).


Sweterek różni się od pierwowzoru: ma  długie rękawy i mniejszy dekolt.
Pliska wykończeniowa jest dorabiana na końcu wzorem prawych oczek (na drutach o mniejszym rozmiarze) i wykończona sznureczkiem.

Wzór kwiatka z Osinki

niedziela, 4 listopada 2012

Nasze trzy zwierzątka

Podczas święta listopadowego odwiedził nas Czesio. Byłam bardzo ciekawa konfrontacji zwierzątek. Ifunia zna Czesia  i dotąd jakoś wspólnie koegzystowali. Natomiast dla małej Toli takie zwierzątko to nowość. Raczej bała się królika i nie bardzo przejawiała chęć, by się z nim bliżej zapoznać. Kiedy jednak Czesio siedział w klatce, maleństwo nabierało odwagi: ustawiało się naprzeciwko i obszczekiwało.

 
 
Zima za pasem, toteż Ifa ma nieustanną ochotę na jedzenie. Staram się jej nieco ograniczać, bo nie poradzimy sobie potem z nadwagą. Jednak psica sprawia wrażenie biednego, zagłodzonego pieska, którego zupełnie nie karmią. Walczy o żarcie, aż do przesady, a objawia się to systematycznym przepędzaniem małej Toli, która z kolei je bardzo mało. Nie ma prawa, by cokolwiek dać do jedzenia pieskowi w obecności Ify, psica natychmiast atakuje maleńswo. Już wydawało się, że zmierzamy w kierunku przyjaźni. Pieski razem ładnie obszczekują obcych, wspólnie ganiają po ogrodzie, polach i lasach. Nawet niekiedy polegują na jednej wersalce. Jednak jedzenie stało się kością niezgody. Muszę pilnować procedur - najpierw dostaje michę duża, potem mała, ale w osobnym pomieszczeniu, za zamkniętymi drzwiami.



Chociaż nigdy nie karmimy psów, kiedy sami spożywamy posiłki, to kiedyś Ifka przepędziła małą, podczas naszego obiadu. Faktem jest, że nigdy jej nie uszkodziła, ale  rzuca się na pieska błyskawicznie. Małe ląduje między jej łapami, przewraca się na brzuch w pozie poddańczej i oczywście drze się, jakby je odzieranio ze skóry. Rewanżuje się kradzieżą chrupek z miski dużej i sikaniem na jej legowisko (w zasadzie w domu nie sika). Kiedy legowisko Ifki zabrałam i w tym miejscu położyłam matę na siuśki. Małe już tam nie nalało. No i tak sobie żyjemy.


Historia z życia wzięta

zdarzyła się naprawdę. Zamierzałam tę historię opublikować raczej 30 października, jednak z braku czasu - nie zdążyłam.

Pan Jan będąc jeszcze w sile wieku zdecydował, że czas postawić sobie grobowiec. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek uda się w swoją ostatnią drogę? Warto posiadać pewne lokum, a nie spoczywać w ziemnym grobie. A było to tak mniej więcej w latach  osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Co zaplanował, wprowadził w czyn. Wykupił stosowne miejsce na cmentarzu komunalnym i przystąpił do dzieła. Jako, że sam znał się na murarce i  mieszaniu betonu, czynnie współuczestniczył w powstawaniu ostatniego mieszkania dla siebie. Razem z kolegą posiadającym firmę budującą grobowce i nagrobki wylał solidne fundamenty. Wystawił dwuosobowy grobowiec z lastriko (drugie miejsce dla żony).  
Raz, dwa razy do roku pan Jan odwiedzał swe przyszłe miejsce wiecznego spoczynku, sprawdzając czy aby wszystko w porządku, czy beton nie kruszeje, a grobowiec nie zarasta zielskiem. Pewnego letniego, wakacyjnego popołudnia, przy okazji odwiedzin grobu teściowej, pan Jan postanowił rzucić okiem i na swój grobowiec. Jakież było jego zdziwienie, gdy już z daleka ujrzał bukiety sztucznych kwiatów przed swą przyszłą mogiłą! Najpierw konsternacja - "czy to aby mój grobowiec? Raczej mój -przecież pamiętam to miejsce"! O mało sam nie zszedł na atak serca, kiedy  zobaczył, że w jego grobowcu spoczywa obca osoba - kobieta. Jako, że była niedziela, nie dało się  porozmawiać z zarządcą cmentarza. W poniedziałek rano pan Jan stawił się w biurze cmentarza komunalnego. Zgłosił fakt pochowania nieznanej mu osoby w swym grobowcu. Najpierw usiłowano mu wmówić, że nie zaszła żadna pomyłka. Zażądano dokumentów potwierdzających własność grobowca. I tu się zaczęło. Pan Jan zadbał o przyszłe miejsce swego pochówku, jednak nie przechowywał wszystkich dokumentów, posiadł jedynie plany budowy grobowca, a zgubił papiery potwierdzające wykup miejsca. Wtedy nastąpił impas - bo jak tu udowodnić, że to miejsce jest jego?! Ostatecznie pracownicy biurowi cmentarza "przekopali" swoją dokumentację i odnaleźli dokument potwierdzający własność  pana Jana.
Jak doszło do takiej pomyłki? Okazało się, że kobieta została pochowana w grobowcu wskazanym przez rodzinę. Nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić czy ten właśnie grobowiec jest jej własnością. Ponoć kiedyś tam pokazywała go komuś z rodziny - pamiętano bardzo mgliście jego położenie. Faktycznie grobowiec tej pani był podobny, jednak był położony o alejkę dalej.
Teraz zaczęło się postępowanie odkręcania  sprawy nieszczęsnego pochówku w niewłaściwym miejscu. Cała sprawa zszarpała nerwy pana Jana tak, że wydawało się, że może dość szybko "zamieszkać" w nowym miejscu. Procedura ekshumacji i przenoszenia trumny ciągnęła się długo - zarządca cmentarza był raczej nierychliwy. Ostatecznie po kilku miesiącach pan Jan odzyskał swój grobowiec. Sprawił mu następnie wierzchnią marmurową płytę z wielkim krzyżem. Podobnego grobowca nie ma na cmentarzu. Następna pomyłka chyba jest niemożliwa. Dodam jeszcze, że nikt winny błędu nie wyrzekł do pana Jana słowa: "przepraszam".

niedziela, 28 października 2012

Zima

dolazła dzisiaj do nas. W ciągu dnia artystycznie pruszył śnieżek (nie, nie leży go zbyt wiele), ot tak pocukrzył nieco świat, który w polach ładnie wyglądał (zimy raczej nie lubię), jednak aparatu ze sobą nie zabrałam, toteż fotek nie ma. Psy natomiast wybiegały się jak należy. Nawet Tola nie odpuściła i z wielkim samozaparciem "kicała" po wysokiej trawie. Wróciła do domu mokra po sam czubek ogonka.
Jednak chciałam o czymś innym napisać, a właściwie to sie pochwalić. Od Olqi przyszła do mnie świetna, śliczna torebka - odebrałam ją z poczty w czwartek wieczór, jednak dopiero dzisiaj zrobiłam fotki.

I zbliżenie na ozdóbkę:


Torebeczka jest nagrodą - zostałam nagrodzona za komentarz z radą - dodam jednak, że rada nie była moja, tylko Yust Me. Tyle, że ja koleżance z bloga Przytulisko pod wiązami poradziłam  to, co i mnie  poradzono - czyli przekazałam radyYust Me. No i Olqa uznała, że mnie nagrodzi - co jak  widać okazało się bardzo miłą niespodzianką. Na razie torebeczkę powiesiłam sobie w sypialni naprzeciwko łóżka i "pasę" nią oczy. A Olce serdecznie dziękuję za wyróżnienie.

A taki "łup" wpadł w moje ręce w szmateksie.


No po co mnie tam poniosło?! Poszłam tylko zarejestrować się do lekarza i co? Szmateks z włóczkami jest nieopodal przychodni. A, tak tylko sobie zajrzałam... i w efekcie przekopałam dwa wielkie kosze z włóczkami, by kupić jej około kilograma. Na zdjęciu nie ma 50 dkg granatowego akrylu (nie wiem po co go kupiłam), pokazuję tylko wełnę: skarpetkową i piękną brązową oraz zgniłozieloną z pasmami beżu (te dwie ostatnie wiązane były w pasma po 10 g - dziwne no nie?) - zrobię z niej chustę. Kupiłam też po jednym motku brązowej bawełny i czerwonego kordonka. A najciekawsze jest to, że potrzeby rzeczywistej, by kupić włóczkę - nie miałam. Ot nałóg się odezwał...

sobota, 27 października 2012

W Polsce zima,

a u nas  jeszcze dzisiaj była ciepła, chociaż wietrzna jesień. Zdecydowałam jednak o wymianie opon na zimowe. Niestety nie okazało się to takie łatwe, wszędzie czekania w granicach 2,5 godzin, a tu trzeba i na cmentarze pojechać, i do ogrodu.

Hmm... zmierzamy do samochodu...
 
Kiedy już niemal zrezygnowałam, mąż podsunął pomysł, by zajrzeć do jeszcze jednego  warsztatu (po drodze do Zagórza). I o dziwo - opony wymienilismy niemal od ręki.
Dziś w ogrodzie zaplanowaliśmy palenie wyciętych gałęzi i krzaków.




Rozniecone ognisko zachęciło do pieczenia kiełbasek. Tak oto zamknęliśmy sezon ogrodowy. Już prawie zapadał zmrok, kiedy w końcu wyruszyłam z psami na szybki spacer. A to dzisiejsze, bardzo późno-popołudniowe pejzaże:





Dużo liści:

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails