Obserwatorzy

sobota, 27 września 2014

W ogrodzie, zanim przyszła jesień...

Ostatnie zdjęcia z ogrodu, zanim zrobiło się zimno, mgliście i deszczowo:

 Zakwitły łany zimowitów:




Winobluszcz jeszcze zielony:

 
Mało słońca, wybujałe cynie:
 



W pełnym słońcu:


Niezawodna miechunka wysiewająca się samorzutnie z roku na rok:

 "Marcinki":

 

wtorek, 23 września 2014

Wrzesień finiszuje,

jesień za pasem, a ja w zasadzie nie mam się czym robótkowym pochwalić. Skrzecząca proza życia skutecznie nie pozwala czasowo na skupienie się nad robótkami, chociaż planów mnóstwo, niestety moce przerobowe marne. A to pochłaniają mnie obowiązki zawodowe, a to są pilniejsze rzeczy do zrobienia, a to trzeba jeszcze wykorzystać owoce i jarzyny, i zrobić jakieś weki. Jeszcze na początku września przerobiłam po 10 kg papryki (marynata) i ogórków (kiszenie).



Teraz systematycznie kładę do słoików tarte jabłka. Nie ma w tym roku w ogrodzie urodzaju jabłek, więc zbieram to co opada z wysokich drzew i w zależności, ile mi tam tych jabłek mąż obierze - wekuję. Takie starte jabłka wykorzystuję: jako nadzienie naleśników, do szarlotki, makaronu/ryżu z jabłkami, w końcu do owsianki, do której dodaję cynamonu. Wiem, wiem kulinaria nie są moją mocna stroną. Gotowanie wymyślnych potraw mnie nie ekscytuje i nie zajmuje, no ale  coś tam trzeba jeść, więc stąd te zapasy w wekach.


Musiałam się też w ostatnich miesiącach  zająć nieco swym zdrowiem i wprowadzić korekty nie tylko do trybu życia, ale i odżywiania. Jednak o tym kiedyś indziej. Na razie obiecuję, że już niebawem poświęcę więcej czasu na jakiej projekty robótkowe. Córka powiedziała mi: "oj mamo, zapychasz tylko bloga wycieczkami i żadnych prac nie pokazujesz". Zapewne i większość moich Czytelniczek ma podobne wrażenie. Przed nami długie jesienne wieczory. Jeszcze tylko wysadzę cebulowe w ogrodzie, wyzbieram pozostałe płody i już, już biorę się za dziewiarskie dokonania, tym bardziej, że wnuczka rośnie, a i córka przyodziałaby nowe swetry.



Zdjęcia dzisiejsze to migawki z chałupy.

sobota, 20 września 2014

Kresy Wschodnie 2014. (5.) Kuty - miasteczko, gdzie czas się zatrzymał...

To miasteczko, gdzie w centrum (rynek) zachowała się jeszcze ulica z kocimi łbami, to także miasteczko, gdzie przebiegała granica I Rzeczpospolitej (od 1918 r. z Rumunią) i to tu we wrześniu 1939 r. rząd polski uchodził za granicę. To maleńkie miasteczko zadziwiło nas nie tylko tym..,

 Most nad Czeremoszem (dopływ Prutu)
 
 To tu gdzieś niedaleko zakrętu rzeki był most, którym rząd polski przekraczał granicę...
 
Centrum miasteczka - bruk z kamienia
 
Kuty nad Czeremoszem – na pograniczu Bukowiny w obwodzie iwanofrankowskim, rejonie kosowskim. W okresie międzywojennym Kuty słynęły jako miejscowość wypoczynkowa i ośrodek lokalnego rzemiosła artystycznego (tkactwo, hafciarstwo, garncarstwo). Uważano też, że jest to najcieplejsze miejsce w Polsce.
Do II wojny światowej miasteczko było największym skupiskiem Ormian Polskich w II Rzeczypospolitej (stanowili około 50% mieszkańców),  a trudnili się m.in. handlem i produkcją safianu. Szukając śladów polskości trafiliśmy najpierw do kościoła rzymskokatolickiego z przełomu XVIII i XIX w.:
 


Jak się okazało, kościółek był w remoncie - dokładnie obecnie malowano wnętrze. Stąd pewien nieład w środku i mnóstwo puszek z farbami...



I w tym dalekim miasteczku, w kościele nagle usłyszeliśmy język polski. Spotkaliśmy polskiego konserwatora zabytków, który tu, daleko na Kresach, trudnił się odtworzeniem malowideł ściennych w kościele. To Ormianie amerykańscy zebrali pieniądze na remont kościoła, resztę dołożył polski rząd.




Powędrowaliśmy do centrum miasteczka, wart uwagi okazał się dziewiętnastowieczny ratusz:




Obejrzeliśmy też budynek, dziś odremontowany, dawną synagogę:


Miasteczko było przecież kiedyś miejscem, gdzie obok siebie mieszkali tzw. Rusini, Polacy, Żydzi, Ormianie. Do dziś zachowały się na cmentarzu nagrobki Ormian, mieszkańców Kut, będących kiedyś znamienitymi obywatelami miasta:

 
To dlatego poszliśmy na ten cmentarz:
 



Jak się okazało - nadal jest wykorzystywany w celu pochówku katolików.






Kapliczka cmentarna
 
Kiedy wędrowaliśmy po miasteczku, zobaczyliśmy pogrzeb:
 

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że umrzyk wieziony był w otwartej trumnie!
Nie, nie zrobiliśmy fotki - uznaliśmy, że po prostu nie wypada. Niemal za pogrzebem dotarliśmy na cmentarz i byliśmy świadkami zmagania się grabarzy z pochówkiem w suchej, kamienistej ziemi.

Nagle zobaczyliśmy coś, co nas niesamowicie zaskoczyło! Po zakończonym pochówku, część żałobników skupiła się w jednym miejscu: przy nakrytym stole. Stały na nim półmiski z potrawami, chlebem, butelki z wódką i napojami. I znów nie wypadało robić zdjęć. Brat dyskretnie cyknął jedno, oto dowód na stypę na cmentarzu:


Oczywiście będą jeszcze następne relacje z podróży.

środa, 17 września 2014

Kapliczki przydrożne. Kapliczka w Rzepedzi

Posadowiona z prawej strony szosy prowadzącej do Komańczy. Ta murowana kapliczka powstała ponoć w latach 1875-1899.


 
Kapliczka zwraca uwagę ze względu na ciekawą bryłę architektoniczną oraz oryginalny daszek z wieżyczką.
 
 Zbliżenie
 
Detal

niedziela, 14 września 2014

Na Chryszcztą

nie weszliśmy (czerwonym szlakiem od Jeziorek Duszatyńskich) w zeszłym tygodniu, bo musieliśmy wcześniej wracać do Sanoka. Zaplanowałam wycieczkę na tę niedzielę, pod warunkiem, że dopisze pogoda. Zachmurzyło się dopiero po południu. Ruszyliśmy szlakiem niebieskim z Rzepedzi. Od Przełęczy pod Suliłą.


Byliśmy dzisiaj jedynymi turystami zmierzającymi w górę. Na początku trasy spotkaliśmy grzybiarzy z solidnymi zbiorami rydzy. Potem - to już tylko las i cisza.



 
Wędruje się cały czas traktem leśnym  - głównie lasem bukowym. Kilkakrotnie otwierały się  zielone polany porośnięte paprociami i jeżynami. W lesie mnóstwo powalonych drzew, a trasa po ostatnich opadach, dosyć błotnista. Ifka korzystała i urządzała kąpiele w błotnych kałużach. Wędrówka lasem nieco się dłużyła, nic nie przerywało jej monotonii.


Na szczycie - o dziwo spotkaliśmy rowerzystów, którzy potem ruszyli w kierunku Duszatyna; przemknął też jeden samotny turysta, który nawet się nie zatrzymał. Szczyt  zalesiony i jeżeli ktoś liczył na jakiekolwiek widoki z góry - to się przeliczył.

 
 
Na wierzchołku Chryszczatej znajduje się betonowy obelisk o wysokości 7,85 m. Niegdyś stała tu drewniana wieża widokowa, obelisk był jej podstawą.

Nazwa Chryszczata wywodzi się od łemkowskiej nazwy rośliny chreszczate zilie (czworolist pospolity) lub od skrzyżowania dróg (ukr. chrest – krzyż).

Od 25 września 2007 stoi tu krzyż upamiętniający pobyt
papieża Jana Pawła II
 
W masywie Chryszczatej znajdują się pozostałości rowów strzeleckich, bunkrów i ziemnych umocnień austriackich z roku 1914, polskich z roku 1920 oraz walk z okresu II wojny i powojennych z lat 1944–1946.
 
Do września 1944 r. na wzgórzach Chryszczatej skrywał się oddział partyzancki dowodzony przez Mikołaja Kunickiego, który wraz ze swymi żołnierzami wyprowadził przez Chryszczatą uciekinierów z polskich wiosek w Bieszczadach, którzy uciekali przed UPA (całe rodziny: starców, dzieci i kobiety). W latach 1945–1947 masyw i wzgórza Chryszczatej były schronieniem oraz bazą wypadową dla oddziałów UPA  Chrina i Stiacha. Do całkowitego rozgromienia  UPA na Chryszczatej doszło latem 1947.
Wróciliśmy tą samą trasą (samochód czekał przy przełęczy).
 


 
W sumie mamy w nogach  tak około 5,5 godz. marszu. Schodząc z góry nie pogardziliśmy rydzami, które same się pchały w dłonie. Z braku kosza zbierałam je do mężowskiej koszuli.
 
 

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails