Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2013

Ukraina (1) 2013 r. - wycieczka w Bieszczady Wschodnie

Czarna Repa i Paraszka - oto cel naszej weekendowej wycieczki z sanockim PTTK. Zapisywaliśmy się z bratem dość późno i w zasadzie znaleźliśmy się na liście rezerwowej. Sądziłam, że nie uda nam się pojechać. Jeszcze we wtorek odbierałam w Krośnie nowy paszport (a tak w razie czego), a po południu telefon, że jednak załapaliśmy się na ten wyjazd. Przygotowania więc do remontu musiałam tak rozłożyć, żeby zdążyć na dzisiaj. No to w piątek przed wyjazdem wynoszenie i wynoszenie (wyjazd 24.00), dzisiaj po powrocie dokańczanie wynoszenia (powrót z wycieczki o 3.30 nad ranem). No dałam radę. O i nawet mam siłę, żeby spreparować jakiś post.


Cerkwie
 
Wycieczka finalnie udana, pomimo drobnych niedociągnięć, a więc miejsca na kole z tyłu autobusu, który przyjechawszy z Jasła był już dosyć wypełniony pasażerami. To siedzenie na kole ma niebagatelne znaczenie w przypadku jazdy po drogach Ukrainy, szczególnie kiedy przekracza się granicę w Krościenku.

 
Na mnie kiwanie na dziurach miało wpływ nasenny (jak w kołysce się czułam), chociaż niekiedy podskakiwaliśmy zbyt wysoko, a głowa opadała bezwładnie. Spożyłam nawet w takich warunkach kanapkę śniadaniową i drożdżówkę. Mój brat, niestety na diecie był przez 12 godzin, gdyż po tylu dopiero dotarliśmy do  miejsca przeznaczenia, czyli wejścia na Czarną Riepę (1285 m) z przełęczy Wyszkowskiej. Jemu kiwanie powodowało podjeżdżanie żołądka do gardła i jeść nie mógł.


 
Na stacji benzynowej
 
Tym razem nawet tak bardzo długo nie staliśmy na granicy; po jej przekroczeniu  nabyliśmy odpowiednią ilość właściwej waluty od dwunożnego kantoru, który przebudziwszy się około 3 w nocy spełniał swój obowiązek "bankowy".

Przykłady budownictwa
Zabudowania gospodarcze

 Szkoła na wsi- w tle powstaje duży murowany budynek
 
 Urokliwa, stara chatynka - obecnie niezamieszkała
 


 Współczesny dom- zbudowany z bali barwionych na żółto
 

Niestety nie mogłam się skupić na obserwowaniu widoków za oknem autobusu, bo kiwanie powodowało zbawienny sen.
Przeciwnie w drodze powrotnej zupełnie zmrużyć oka nie mogłam, gdyż mocno rozochoceni wycieczkowicze, nie tylko radośnie i głośno rozmawiali, ale i śpiewali. W roli głównych zapiewajłów wystąpili: kolega brata i brat. I zanim dalej pociągnę wątek śpiewów chóralnych, wyjaśnię iż właśnie na tej wycieczce spotkał mój brat kolegę, z którym chodził do szkoły i mieszkał w jednym pokoju w akademiku. Panowie ostatnio widzieli się dobrych kilka lat temu. No więc kiedy Staszek powiedział do brata: "Józek - pośpiewajmy trochę" - uśmiechnęłam się z powątpiewaniem.

Zwierzęta
Krowy i konie pasą się na górskich łąkach, same, bez opieki;
mają na szyjach zawieszone dzwonki
Te dwa konie witały się pięknie kiwając głowami
 
 Koń samodzielnie zmierzający do swojej stajni
 
 Najpierw dało się słyszeć dzwonek, potem zobaczyliśmy zwierzę...
 
...tu wchodzi do środka
 
 
 I okazało się, że w błędzie byłam: zaczęło się od "10 w skali Beauforta" Klenczona i innych przebojów z tamtych czasów, potem nastąpiła seria piosenek studenckich, legionowych, harcerskich, przyśpiewki ludowe; oczywiście "Czarne oczy" i "Sokoły"  - doszli nawet do wędrujących harcerza z harcerką. Dokładnie nad głową śpiewały mi jeszcze dwa dodatkowe męskie tenory. Po prawej stronie udzielał się wielbiciel ludowości. Środek autobusu  intonował pieśni z bardziej współczesnego repertuaru, okraszone solówkami pewnej młodej damy.

 Wiejski sklepik - ten akurat zamknięty
 
 Zbliżenie na szyld za szybą; napis: "magazyn, początek roboty, koniec roboty, przerwa na obiad, dzień wolny" - miejsca na informacje niewypełnione
 
Popołudniowe spacery po wsi

Relaks po zejściu z gór
 
Właściwie towarzystwo przycichło nieco tak z godzinę przed granicą i w większości zapadło w zasłużoną drzemkę. Przed granicą pobudka i kupowanie w sklepikach jedynie słusznych towarów, które można przewieźć do Polski w określonych ilościach. Jako, że niepijąca jestem - limitu mi przysługującego nie wyczerpałam w całości. Choć grzechem by było, gdybym jakichś procentów przez granicę nie przewiozła. "Lwowskie" do posmakowania mężowi kupiłam i Nemiroffa" z papryczką, no i oczywiście  śliwki w czekoladzie (krówek już nie kupowałam, żeby się nie tuczyć).

 Przydrożny handel

 Grzyby obrodziły
 
 Można też kupić borówki
 
A tu kurki i już wysuszone grzyby

Relacja z gór następnym razem - jeżeli pozwoli czas i działania fachowców, którzy dzisiaj rozwalili kuchnię do "żywych" murów. Zrywanie boazerii i płytek ściennych odbyło błyskawicznie. Nie mam na czym zrobić sobie herbaty, gdyż zapomniałam przywieźć z chałupy czajnik bezprzewodowy. Zupinkę mięsną spożyliśmy tylko (zagrzałam w mikrofali). Wieczorem dopiero udałam się do pobliskiego "Lidla" po jakieś pieczywo i dodatki. Lodówka i kuchnia gazowa stoją w przedpokoju. Stare meble kuchenne w większości w małym pokoju (stwierdziłam, że wyniesiemy je później - bo teraz można w nich trzymać to wszystko, na co nie starczyłoby miejsca na podłodze. Zlewozmywak wymontowany, kaloryfer odmontowany.

Pomnik wszechobecnego Tarasa Sz.
 
A duża psica dała dziś koncert. Darła się przez cały czas pracy fachowców, których nie zaakceptowała:
a) najpierw ubrałam jej kaganiec i dałam szansę powąchania panów, jednak nawet wtedy usiłowała capnąć za rękę;
b) zamknęłam w małym pokoju z klamką obrotową, której nie umie otwierać. Tam nadal szczekała i skalała na drzwi. W końcu nagle znalazła się w przedpokoju rozrywając, niczym cyrkówka, folię malarską oddzielającą remontowaną część mieszkania od reszty.
W końcu wzięłam obydwie psice do auta i zawiozłam na czołgowisko, żeby się wybiegały (wybiegały się, a jakże, ja też), ale pobudzenie zostało i uspokoiła się dopiero po wyjściu panów. O dziwo sąsiada, który przychodził robić przy hydraulice Ifka zaakceptowała bez problemu, a przy kolejnym wejściu, nawet merdała ogonem.
No wiec dzisiaj tylko zdjęcia obyczajowe i architektura.
Post pisany w poniedziałek - opublikował się we wtorek.
Część zdjęć autorstwa mojego brata.

środa, 17 lipca 2013

Życie nasze

biegnie ostatnio dwutorowo. Przedpołudnia spędzamy na oglądaniu, dobieraniu, kupowaniu płytek; następnie zmywarki, okapu i zlewozmywaka. Okap, płytki podłogowe do odebrania w piątek.Tylko wkładam w czytnik kartę płatniczą i przelewam, przelewam... Nie ruszyliśmy jeszcze z kupowaniem innych materiałów. Na razie trwają konsultacje z hydraulikiem (jak ustawić zmywarkę w  bloku zbudowanym z płyt, w które nie wbije się gwoździa, a więc trudno przekuć taką płytę, aby zmienić bieg rury kanalizacyjnej).  Potem zmiany trzeba ustalić ze stolarzem. Ekipa wchodzi w poniedziałek i zaczyna od demolowania tego co jest, by potem zrobić nowe... Do poniedziałku muszę wyczyścić kuchnię z mebli i akcesoriów. W najbliższym czasie przejdziemy na dietę w większości bez gotowania posiłków, bo kuchnia gazowa zostanie na razie wyniesiona.


W małych doniczkach trawy kupione do posadzenia w ogródku trawiastym
 
Córka zrobiła mi w Excelu projekt notatek; zapisuję tam co jest do kupienia i załatwienia
i ile kosztuje; czy już zapłacone, czy nie, więc nie muszę robić notatek na papierze.



Po południu jedziemy do ogrodu, w którym rozpaczliwie staram się nadrabiać zaległości poczerwcowe (kiedy nie miałam czasu) i podeszczowe (ostatnie dnie). Muszę stwierdzić, że  tego czasu już nie odrobię - może uda się tylko, jako tako odchwaścić to i owo. Ejże, życie już nie leci, ale galopuje.



A wieczorem  próbuję cos tam kręcić na drutach. I tak wkoło Macieju. Dzisiaj zdjęcia roślin posadzonych w donicach przed chałupą. Pomimo tego, że wokół mam prawie hektar zieleni (tyle ma działka), lubię kwiaty przed wejściem do domu. Na ostatnim zdjęciu suszone liście: jabłoni, jeżyny, maliny, porzeczki, babki, mięty, melisy, oregano poziomki, truskawki - przygotowane do pakowania do pudełek po butach. Są to zimowe zapasy dla królika Czesia.

niedziela, 14 lipca 2013

Zabrałam dzisiaj psy

w pola. U nas leje już trzy dni, dlatego zrezygnowaliśmy z wyjazdu do ogrodu. Niedziela przeszła niespiesznie i po południu pojechaliśmy do mojej mamy. Włożyłam kalosze i poszłam. Tam, już w tym roku zupełne buszowisko roślinności.




Zarastają dawne ścieżki, leżą odłogiem kiedyś uprawiane pola i działki. Kiedy umiera właściciel - rodzina nie interesuje się już dawną działką czy ogrodem. Zarastają krzewami i trawą, dziczeją. Maliniska dawniej ujarzmione w granicach działki "wylewają" się na łąki. Jakoś nikomu już nic nie trzeba: ani owoców, ani warzyw dawniej tam uprawianych. Zobaczyłam tylko jedno pole zasiane pszenicą i dwie wykoszone działki.



Psy ginęły w wysokiej trawie, a Tolki widać nie było zupełnie. Za to wybiegały się za wszystkie czasy, bo wiele tam nowych zapachów i tropów.
Jak szybko mija lato; już zawiązały się owoce na roślinach:



Po południu pogoda się poprawiła i nawet wyjrzało słońce.

piątek, 12 lipca 2013

Szydełkowe poduszki

w stylu skandynawskim. Są białe, są  bawełniane:

Szydełko Tulip 2,1 mm; włóczka "Virginia", bawełna 100%, 417 m/100g; zużycie 100 g + białe płótno
 
Miałam zrobić szydełkowe poszewki na poduszki - warunki jak wyżej. Elementy poduszkowe kręciłam szydełkiem w oczekiwaniu na mamę, którą woziłam na zabiegi. Czasu było zbyt mało, by wyruszyć i coś tam załatwiać, a zbyt dużo, by siedzieć bezczynnie. Początkowo rozważałam, żeby i tył poszewki zrobić szydełkiem. Potem jednak wymyśliłam, że uszyję poszewki z białego płótna, na które naszyję szydełkowy, kwadratowy przód obrobiony jeszcze jednym rzędem łuczków, półsłupkami i pikotkami:


A, że dzisiaj pogoda nieszczególna (nie pojechaliśmy do ogrodu), poświęciłam czas na szycie. Pokazuję poszewki jeszcze niewyprane - widać kreski z ołówka, którym kreśliłam linie. Teraz już czyste, suszą się.

Tył poduszki uszyty "na zakładkę" - nie  będzie guzików


Detale
 
Wzór pochodzi z gazetki "Robótki ręczne" 2000 r. nr 12:
 
 
W gazetce proponowano tym wzorem wykonanie serwety. Podobnymi kwiatowymi elementami robiłam już wiele prac i muszę stwierdzić, że tu rząd piąty nieco ściąga robótkę, co powoduje wybrzuszenie. Wprawdzie po namoczeniu udaje się to wyrównać, jednak drugi raz robiłabym kwiatki według tego, wypróbowanego schematu:
 

czwartek, 11 lipca 2013

Kąpiel w błotnej kałuży

podczas upałów, to jest to, co pieski lubią najbardziej.
O ta  kałuża jest świetna:


i ta też:


 tak się wygląda po zanurzeniu:


tyłek, brzuch, łapy - wszystko w błocie. I nie ma co się dziwić, że wówczas ciało psa staje się obiektem zmasowanych ataków bąków.
Ifa zwykle lubi pochodzić sobie po kałużach, potoczkach - w ten sposób się chłodzi. Znoszę nawet brodzenie w błotnych kałużach podczas spaceru. Jednak wczoraj zdesperowana psica położyła się w takiej  kałuży w celu ochłodzenia ciała. Muszę przyznać, że po powrocie dzielnie zniosła polewanie zimną wodą z węża - przecież musiałam zmyć z niej to błoto, zanim wpuściłabym do samochodu i potem do mieszkania.
Tola nie kapie się w kałużach, acz chętnie brodzi w potoku. Miała ostatnio przygodę - nie zorientowała się, że woda poniżej jest dość głęboka, kiedy skakała z betonowego progu na potoku. Psina skąpawszy się w całości, dzielnie wypłynęła na powierzchnię.

Tolka dzielnie chodzi wszędzie za "dużą".  Tu wybiegają z chaszczy:


A to już powrót po przepędzeniu obcego psa, którego wypatrzyły, kiedy doganiał swoich jadących  traktorem:


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails