Obserwatorzy

niedziela, 11 maja 2014

Jak "odnowić" stary obrus?

Pomimo mody na obrusy z materiałów syntetycznych, łatwo piorących się i niewymagających krochmalenia, wciąż uparcie trwam przy obrusach lnianych, ewentualnie bawełnianych, które po wypraniu trzeba niestety krochmalić, a potem z trudem prasować.
Najczęściej staram się jeszcze po swojemu ozdobić takie obrusy - otrzymują więc szydełkowe obrąbki, choćby najskromniejsze, albo niewielkie koroneczki. Niektóre na swój "wielki" dzień debiutu z szydełkowym zdobieniem czekają dość długo. Ostatnio ukończyłam koronkę przy zwykłym śniadaniowo-kuchennym obrusie w kratkę ścierkową:
 


Wzorek bardzo prosty, z głowy (nieco podobny już kiedyś robiłam przy jakiej serwetce):


Najdłużej zawsze schodzi mi z pierwszym rzędem, kiedy muszę się wkłuwać szydełkiem w materiał. Kolejne rzędy - to już sama przyjemność.
Okazało się, że wspomniany obrus  (który na koronkę czekał kilka lat) i w międzyczasie był użytkowany, ma przetarcie w jednym miejscu. Wzmocniłam to miejsce przeszywając kilkakrotnie na maszynie do szycia (łata była brzydka). Należało to jakoś zamaskować. Haftować kwiatków mi się nie chciało, toteż zrobiłam szydełkiem kwiatek maskujący ubytki. Samotny był jednak bardzo - dorobiłam jeszcze dwa i taką szydełkową aplikację  przyszyłam gęstym zygzakiem maszynowym.


 
Stary - nowy obrus wygląda teraz całkiem nieźle. Nawet mój mąż, którego moje robótki raczej nie interesują - stwierdził, że jest ok.

piątek, 9 maja 2014

Niepotrzebna stacja - Łupków

Dojechaliśmy tam drogą wprawdzie utwardzoną, ale żwirową. Nigdzie człowieka, pustka. Stoi sobie osamotniona, a wokół bezkres pól i łąk. Stacja Łupków. Kiedyś ostatnia przed granicą.




Kiedy w 1872 roku budowano Pierwszą Węgiersko-Galicyjską Kolej Żelazną, która połączyła – poprzez Przełęcz Łupkowską ówczesną Galicję z Węgrami (Budapeszt ze Lwowem) w Łupkowie przy stacji działał urząd pocztowy i telegraficzny, a 2 km dalej powstała osada Nowy Łupków  licząca w 1921 r. 110 domów i 672 mieszkańców.


Pod przełęczą wybudowano tunel długości 416 m. W czasie I wojny światowej, podczas wycofywania się wojsk austro-węgierskich został uszkodzony. Podczas II wojny światowej był dwa razy niszczony: we wrześniu 1939 r. przez Polaków, a w 1944 r. przez Niemców.
Po II wojnie tunel odbudowano, jednak wykorzystywany był w znikomym zakresie dla ruchu towarowego. Po roku 1981 ruch na tej trasie znów wstrzymano. Wznowiony został ponownie w roku 1996.


Dziś jednak dworzec (po remoncie  w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku) znów stoi opuszczony.


Życie  zatrzymało się tutaj, nie wiadomo na ile - chociaż zegar kolejowy nadal odmierza czas. Wije się po kolumnach winobluszcz, kwitną posadzone kiedyś żonkile. Można przez okna pozaglądać do wnętrza budynku i zobaczyć klasyczne wnętrze dworca z epoki Austro-Węgier. Jakieś takie smutne i  przygnębiające wrażenie robi ta odnowiona, a opuszczona stacja, której czas znów zaczyna nie oszczędzać i tu, i ówdzie farba powoli się łuszczy...



Oglądać tunelu już nie poszliśmy (gonił nas czas). Obejrzeliśmy jeszcze pozostałości pomnika z 1915 r. wystawionego przez Niemców po zwycięskiej bitwie gorlickiej. Dziś jest to obelisk rozsypujący się ze starości, przy którym w trawie giną betonowe kwatery symbolicznych grobów.


Przez miejscowość biegnie niebieski szlak turystyczny, zwanym też granicznym, który prowadzi od Beskidu Niskiego - Jaśliskiego Parku Krajobrazowego i wchodzi w teren Bieszczadów pomiędzy Przełęczą Łupkowską, a Przełęczą Przysłup (697 m n.p.m) schodząc do Nowego Łupkowa. W Nowym Łupkowie szlak biegnie drogą obok stacji PKP Nowy Łupków.
Wybraliśmy się też na cmentarz, właśnie przy szlaku niebieskim, nieopodal schroniska "Chata w Łupkowie". Warto tu zajrzeć:







Można tu zobaczyć pozostałości cerkwi - kamienie podmurówki i krzyże żelazne zdobiące kiedyś zwieńczenia.



Drewniana cerkiew parafialna pw. świętego Michała Archanioła zbudowana była pomiędzy rokiem 1815, a 1821. Została zniszczona po roku 1947. Była to świątynia drewniana, trójdzielna, orientowana. Obok miejsca po cerkwi  - podmurówka dzwonnicy.

Źródło:
1. http://www.twojebieszczady.net/lupkow.php
2. http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81upk%C3%B3w_(stacja_kolejowa)
3.Beskid Niski. Przewodnik. Oficyna Wydawnicza "Rewasz". Pruszków 2012 r.

środa, 7 maja 2014

Czapki "myboshi"

Co oznacza "myboshi" w dosłownym tłumaczeniu? Boshi z języka japońskiego to czapka, a połączone z angielskim my daje powyższy zlepek: spolszczony jako "moja czapka". O "myboshi" piszę ze względu na zjawisko kulturowe i przyczynek do historii dziewiarstwa. Idea "myboshi" polega na tym, że każdy może posiadać, albo sobie zrobić czapkę własną, jedyną, charakterystyczną dla siebie.
"Myboshi" wymyśliło dwóch młodych Niemców - instruktorów narciarstwa. Kiedy przebywali na obozie w Japonii zaczęli robić kolorowe szydełkowe czapki. Mieli świadomość, że czapka, która spodoba się młodym, powinna być ładna i wygodna. Panowie Thomas Jaenisch i Felix Rohland z Górnej Frankonii: 

Zdjęcie ze strony:http://www.myboshi.net/Story/
 
uczynili ze swego pomysłu dobrze prosperujący interes. Oferują nie tylko gotowe wyroby z metką - logo czapki, ale i włóczkę, z którą do kompletu można tę metkę kupić.


Czapki wykonuje się szydełkiem nr 6 z włóczki o składzie: 70% akrylu i 30% wełny merino, z reguły o dość intensywnych kolorach i często niekonwencjonalnych zestawieniach.




Panowie wydali również dwie książki ze wzorami czapek i w ciągu prawie  czterech lat od wylansowania swego pomysłu z powodzeniem rozpowszechniają  modę na "myboshi" w kolejnych krajach.


Wszystkie zdjęcia ze strony: http://www.myboshi.net/
 
Oryginalną włóczkę "Myboshi" można kupić i w polskich pasmanteriach internetowych, widziałam w Akademii Rękodzieła "Bocian" i pasmanterii "To i owo". Fakt polska dziewiarka poradzi sobie i bez oryginału, jednak nie oznaczy swej czapki firmową metką.
Kiedy przyjdzie jesień, zaczniemy dziergać czapki "myboshi".

poniedziałek, 5 maja 2014

Sweter siatka

Prezentowany sweter, to dzianina wiosenno-letnia. Został zrobiony ściegiem siatkowym, jest przeznaczony do noszenia na topy, stąd obszerny dekolt i opadające ramiona.

 
  Druty 3 mm; włóczka to jakaś mieszanina z wiskozą (z zapasów),
zużycie i metraż niewiadome - swetra nie zdążyłam zważyć

Sweterek robiony klasycznie na bazie prostokątów; zszywany. Już bardzo dawno nie robiłam takiej dzianiny, żeby zszywać wszystkie boki i ramiona. Jednak wydawało mi się to dość rozsądne przy tym wzorze.



Muszę przyznać, że odpowiedniego ściegu siatkowego trochę się naszukałam, bo początkowo zamierzałam zrobić ten sweterek zwyczajnym ażurem: narzut, dwa oczka razem, ale dzianina układała się na ukos, co mi nie odpowiadało. I w końcu trafiłam na ten, który okazał się efektowny, ale czasochłonny (w czasie poświęconym na wykonanie tego swetra zrobiłabym dwa).


Detale
 
Zdjęcia robione szybko na balkonie, przed wyjazdem córki, a sweter jeszcze nieco wilgotny po namoczeniu (kończyłam go w nocy).

Ścieg siatkowy - zbliżenie

sobota, 3 maja 2014

Zwijarka do włóczki i inne historie

Zimno arktyczne doszło do nas. Cały dzień popadywał deszcz. Zdecydowaliśmy, że siedzimy w domu. Mąż poszedł z psami nad San, a ja w końcu zajęłam się czyszczeniem mojej archaicznej maszyny dziewiarskiej "Mody". Wymagała renowacji: zabrudzona, zapylona, z obluzowanymi częściami, pogubionymi śrubkami. Zajęło mi to kilka godzin: wyczyściłam, podokręcałam, wyregulowałam, wymieniłam uszkodzone igły.



Przy okazji sfotografowałam moje, równie archaiczne, zwijarki do włóczki. Niedawno pojawiły się na blogach dziewiarek posty o zwijarkach. Panie chwaliły się swymi pięknymi, nowymi zwijarkami do włóczek, opowiadały, gdzie je kupiły itd. Inne panie wyrażały pragnienie posiadania, tego jakże niezbędnego akcesorium dziewiarki... Wspomniałam wówczas w jakimiś  komentarzu o zwijarce, którą niedawno znalazłam na strychu u mamy. Moja mama kilkadziesiąt lat robiła na maszynie swetry. Miała jednopłytową poprzedniczkę "Mody" o nazwie "Kaszubka". Następnie skonstruowaną w jakimś zakładzie rzemieślniczym tzw. "przystawkę", która umożliwiała jej wykonywanie  ścągaczy. Później kupiła sobie maszynę dwupłytową; wtedy ja dorosłam i w moim posiadaniu znalazła się wspomniana wyżej "Moda", na której "machałam" swetry dorabiając sobie do skromnej pensji po studiach. Nosiło się wówczas swetry kimonowe, toteż robiłam takie trzy w weekend (łącznie ze zszywaniem). Ponieważ moja maszyna nie wykonywała ściągaczy, mama robiła je dla mnie na swej dwupłytówce. Później też kupiłam sobie maszynę dwupłytową, niestety nie opanowałam jej do końca (zrobiłam kilka swetrów) - w międzyczasie moda na dzianinę "domową" się skończyła, maszyny powędrowały do piwnicy i mój szanowny małżonek w czasie akcji sprzątania wyniósł na śmietnik prowadnice do dwupłytówki. Została mi sama maszyna, no i niezawodna "Moda", do której powracam co jakiś czas i wykonuję drobne dzianiny.
To była taka nieco przydługa dygresja, a miało być przecież o zwijarkach. Pierwsza prezentowana została mi po mojej maszynie dwupłytowej:




Włóczkę nawija się na tutki kartonowe lub plastikowe. Dla maszyny taka technika była odpowiednia, dla codziennego dziania ręcznego tutki z nawiniętą włóczką są niewygodne. Toteż za często nie korzystam z tego wynalazku.
Druga nawijarka należała do mamy - przypomniałam sobie o niej i przyniosłam ze strychu. Montowana była do stołu o tak:


gdyż w tej pozycji łatwiej nawijało się włóczkę. Ojciec zrobił w stole kuchennym specjalny otwór, by móc  w tej pozycji przykręcać zwijarkę.

 
Tak wygląda ten leciwy sprzęt; sparciały pasek i guma:
 


A trzeba przyznać, że zwijarka ta przepuściła przez siebie pewnie i miliony metrów. 
Można ją montować również w taki sposób:


Próbowałam przewijać włóczkę i idzie mi kiepsko - nitka mota się i supła.  Albo sprzęt jest już zbyt archaiczny, albo ja wyszłam z wprawy. Ponoć na strychu jest również i motowidło, ale mama broni jak lwica dojścia na strych i poszukiwań... Może kiedyś przy okazji uda mi się je odnaleźć.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails